Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leczenie poprzez jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leczenie poprzez jedzenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

Mega zdrowe cukierki świąteczne

 Nie wiem, czy cukierki to dobra nazwa, może lepiej pralinki, wyglądają jak białe czekoladki.
  A dlaczego świąteczne, skoro mega zdrowe, anty przeziębieniowe i można je jeść bez ograniczeń, bo składają się jedynie z kokosa, nadzienia różanego lub z karobu, orzechów i niskokalorycznego zdrowego słodzidła?  Ano robię je od święta, bo ich przygotowanie w większej ilości jest czasochłonne, a przede wszystkim potrzeba dużo wiórków lub płatków kokosowych. Na 30 małych pralinek zużyłam ok.400 gram. Ale warto!
        Nie jest to nic innego, jak masło kokosowe, zwane również olejem, powstałe ze zblendowania wiórków lub płatków, a o tym, jak jest ono zdrowe, powstały megabajtowe elaboraty, ja pisałam na ten temat przy okazji przepisu na krem do twarzy, Tutaj. Jednak przy produkcji tych cukierków trzeba sobie koniecznie pewne rzeczy przypomnieć dla podtrzymania motywacji, szczególnie podczas długiego hałaśliwego miksowania na najwyższych obrotach, które czasem zdaje się nie mieć końca. Olej ten, a raczej olejomasło (w tem. pokojowej ma stałą konsystencję, można go kroić nożem) jest jedynym, który nie przyczynia się do budowy tkanki tłuszczowej, a wręcz przeciwnie, pobudza przemianę materii i wspomaga ubytek wagi. Kwas laurynowy stanowiący 50% oleju kokosowego ma silne działanie bakteriobójcze i wirusobójcze, przekształca się on po spożyciu w monolauryn, który niszczy drobnoustroje pokryte otoczką lipidową, a są to np. wirusy opryszczki, przeziębienia, HIV, bakteria helicobacter pylori . Oprócz tego kokos za sprawą innego kwasu, kaprylowego, ma działanie antygrzybiczne.
   A gdy takie pralinki z kokosowego masła posłodzimy ksylitolem, to będą one chronić zęby przed próchnicą (bo cukier brzozowy przywraca właściwe pH śliny w przeciwieństwie do innych cukrów), dodatkowo zwiększa mineralizację kości, czyli przyswajanie wapnia i co najważniejsze stabilizuje równowagę kwasowo-zasadową organizmu, daje odczyn zasadowy, hamując tym samym rozwój bakterii i drożdżaków.
   A gdy jeszcze dodamy jako nadzienia do tych cukierków karobu (mączki z chleba świętojańskiego), to nasze cukierki będą miały właściwości antyalergiczne, antymigrenowe, będą wzbogacone o białko i witaminy: A, B2, B3, D. A co do minerałów i właściwości antybakteryjnych to lista jest tu równie długa, jak przy kokosie, więc ją pominę.
     A gdy w końcu jako nadzienia użyjemy konfitury z płatków dzikiej róży ucieranej na zimno (zrobiłam takie latem i przechowuję w lodówce), to nasze słodycze będą miały dużo wit. C oraz właściwości rozweselające (bo takie oddziaływanie ma nie tylko nalewka z róży, ale wszystkie z niej przetwory:)! A jaki aromat mają takie pralinki! No zdaję sobie sprawę, że nie każdy może się zaopatrzyć w taką konfiturę, więc jest to tylko opcjonalna propozycja, do wykorzystania późną wiosną i latem.
    A jeśli jeszcze nie udało mi się dostatecznie was zmotywować do zrobienia takich łakoci, to na końcu zamieszczę ściągę z dokładnym wyszczególniem wszystkich ich właściwości, by można było sobie ją wydrukować, postawić w widocznym miejscu dla przypomnienia, jakie to dobrodziejstwa mogą zawierać nasze słodycze:)
A są one nie tylko pożywne, mega zdrowe, ale bardzo smaczne.
Co nam będzie potrzebne:
dobry robot kuchenny, blender;
foremki, najlepiej silikonowe do czekoladek

Składniki na 30 cukierków
Wiórki kokosowe 400 g, BEZ SIARKI, najłatwiej takie znaleźć w sklepach ze zdrową żywnością, a jak ktoś mieszka blisko południowej granicy z Czechami, to tam niemal w każdym spożywczym takie kupimy i taniej niż u nas. O wiórkach pisałam Tutaj
Nadzienie: 
karob (w każdym sklepie ze zdrową żywnością, ok. 5 zł)- 1 łyżka zmieszana z ok. 1 łyżką miodu lub syropu klonowego itp., albo: 
konfitura z płatków róży lub jakaś inna zdrowa albo orzechy laskowe, no kwestia pomysłu i upodobań.

Wykonanie
  Blendujemy wiórki z użyciem kopystki, czyli w miarę często, najlepiej co pól minuty, zatrzymujemy urządzenie, by zgarnąć to, co osiądzie na ściankach i dnie naczynia, w którym miksujemy. Proces upłynniania wiórków może trwać od 4 do 50 min w zależności szybkości obrotów blendera i jakości wiórek, jak już wyżej podlinkowałam. Mimo że mam dobrą maszynę mielącą na pył wszystko w parę sekund, to męczyłam się kiedyś ponad pół godziny z jakimiś starymi wiórkami. Tak więc nie zrażamy się, jeśli po kilkunastu minutach blendowania na najwyższych obrotach wiórek nadal są wiórkami, tylko że drobniejszymi. One się kiedyś upłynnią:) Czyli za kolejne parę minut powstanie oleista papka, a po kolejnych parunastu minutach płynna masa i gdy ta oleista masa jest chlupocząca, ścieka z kopystki, to mamy już olejomasło kokosowe i pozostaje nam już całkiem miły etap pracy- dosładzanie i formowanie cukierków.
Dodajemy do oleju kokosowego trochę słodzidła wedle uznania i jeszcze chwilkę mieszamy. Ja dałam 3 łyżki ksylitolu, ale jak nie mamy, to można zadowolić się jakimś syropem, melasą lub miodem o płynnej konsystencji (z miodem trzeba uważać, bo może za bardzo zagęścić masę i ciężko będzie ją przelewać do foremek). Nakładamy masę łyżeczką do połowy wysokości foremek, jakby wyszła gęsta wskutek większej ilości słodzidła, to dociskamy je palcem do dna. Potem nakładamy odrobinę nadzienia, przykrywamy masą kokosową i wyrównujemy łyżką. Ja zrobiłam jedną część z różą i osobno z karobem. Zostawiamy do stężenia w jakimś chłodnym miejscu, jeśli damy do lodówki, to już po 15 min. z oleju będziemy mieć masło kokosowe. Takie cukierki, już po wyjęciu z foremek przechowuje się w temperaturze pokojowej, mają konsystencję czekoladek, a nawet są nieco twardsze. A jakby kto pytał, na co jeszcze one są dobre, to przyda się ta oto lista:)


Kokosowe masełka-pralinki z ksylitolem,
różą lub karobem
możemy ich używać w medycynie naturalnej do leczenia następujących schorzeń i dolegliwości:

bóle zębów,
egzema
opryszczka
trądzik,
wypryski,
zapalenia i owrzodzenia skóry,
łysienie,
siniaki,
oparzenia,
kaszel, przeziębienia, gorączka, osłabienie odporności,
choroby układu trawienia, wrzody, kamienie nerkowe,
bolesne i nieregularne miesiączki,
niedobory witamin,
astma, osteoporoza i wiele innych !J


czwartek, 27 listopada 2014

Energia smaków - czyli ściąga z TMC

 

   Czy też macie wrażenie, że świat kręci się coraz szybciej? Nasze ciała nie są ze stali, choć w drodze ewolucji, gdy nie przystopujemy, nabierzemy może kształtów bardziej aerodynamicznych, by nic nie spowalniało nas na zakrętach. Życie biegnie tak szybko, że nawet jak osiągniemy sukces, to raczej nie mamy czasu się nim nacieszyć. Za długo pracujemy na najwyższych obrotach, zbyt mało odpoczywamy. Czy wiecie, że do osiągnięcia radości niezbędna jest równowaga energetyczna? Chodzi oczywiście o tę długoterminową radość, niezależną od okoliczności zewnętrznych, a nie o tą uwarunkowaną takimi czynnikami, jak ładna pogoda czy zjedzenie dobrego obiadu lub wypicie drinka.
     W tym wpisie chciałabym podzielić się wiadomościami przydatnymi do utrzymania ciała w harmonii i równowadze energetycznej, co  określane jest mianem zdrowia. Wschodnia medycyna, szczególnie tradycyjna medycyna chińska, podobnie jak dawna medycyna europejska opiera się na niezmiennych prawach kosmicznych.  "Żyjący przed wiekami wielcy lekarze, jak np. Hipokrates, Awicenna czy Paracelsus, leczyli skutecznie wykorzystując znajomość pięciu przemian, klasyfikując jedzenie w zależności od różnych rodzajów energii. Hipokrates napisał wiele dzieł, spośród których cztery  mówią tylko o pożywieniu. Wszystkie zioła, wszystkie rodzaje jarzyn, które są w nich przedstawione, są sklasyfikowane w kategoriach czterech natur energii:
1) jako wywołujące gorąco,
2) rozgrzewające,
3) ochładzające,
4) wywołujące zimno.*
      Wschodnia medycyna stanowi system oparty na prostych zależnościach, które należy zawsze uwzględniać. Pięć przemian żywiołów zwanych: Drzewo-Ogień-Ziemia-Woda przekłada się na pięć smaków: kwaśny-gorzki-słodki-słony, a każdy z nich ma charakterystyczny sposób oddziaływania na ciało, a przy tym istotne są tu jeszcze pory roku.Te poglądy nie są więc czymś egzotycznym, tylko wiedza ta została w naszej tradycji popadła w zapomnienie. Ale właśnie zobaczyłam, że z tego zapomnienia zostaje wydobywana, że o równowadze przypomina się już w gimnazjum, bo oto me dziecko wręczyło mi swą książkę do historii, bym go przepytała, a tam akurat przytoczone były słowa Arystotelesa o zachowaniu umiarkowania podczas jedzenia. Przy okazji mój syn doznał olśnienia, bardzo przemówił do niego Sokrates, bo oczywiście wziął sobie do serca słynną dewizę: "wiem, że nic nie wiem", junior tak się rozczulił się nad swą niewiedzą prowadzącą w prostej linii do mądrości, że czuł się zwolniony z dalszej nauki, tym bardziej że po przeczytaniu innej strony z podręcznika zadeklarował swe poglądy na życie jako hedonistyczne, a nawet stwierdził, że jest epikurejczykiem, co podejrzewałam już od dawna, lecz starałam się zachować stoicki spokój:)

Leczenie poprzez jedzenie czy przez głodówkę?

     Czy wiecie, że, to co wkładamy do ust ma podstawowe znaczenie najpierw dla naszego zdrowia psychicznego, potem fizycznego? No któż by nie wiedział, szczególnie, jeśli chodzi o to ostatnie, ale czy wdrażamy tę wiedzę w życie? A jeśli tak, to jak? Warto przypomnieć sobie prawdy nie zawsze tak oczywiste.
 
 Gdy nie mamy czasu i jemy byle co, byle szybko, to lepiej nie jeść w ogóle, lepiej zrobić sobie głodówkę, bo jest bardzo zdrowa i ekonomiczna, ile przy tym pieniędzy zaoszczędzimy. Jedzenie nie jest nam tak niezbędne do życia, jak tlen, dorosły człowiek może nie jeść przez ok. miesiąc i funkcjonować na pełnych obrotach. Prawidłowo przeprowadzona głodówka jest najlepszym sposobem na odnowę biologiczną organizmu. Organizm pozbywa się wszelkich toksyn nagromadzonych przez lata, począwszy od niechcianego tłuszczu, a na komórkach rakowych skończywszy. W ten sposób można wyleczyć wiele przewlekłych chorób. Ci, którzy przeprowadzili głodówkę, wiedzą, jak wyostrza się wówczas umysł (apetyt też:), ale tylko przez pierwsze 3 dni, potem głód znika), jak niezwykle podnosi się wtedy poziom intelektualny. Oczywiście nie każdy może głodówkę stosować, przy niektórych schorzeniach jest ona przeciwwskazana i wiadomo nie wolno jej stosować u dzieci, osób starszych, o kobietach ciężarnych nie wspominając. A pora roku jest tu również bardzo ważna, nigdy nie należy stosować głodówki jesienią, najlepiej wiosną i wczesnym latem. Jeśli interesuje was taka właśnie forma leczenia, to trzeba koniecznie dowiedzieć się na ten temat więcej, zanim otworzycie lodówkę i stwierdzicie, że wieje pustką, że nie macie czasu na zakupy, a tym bardziej na gotowanie i może właśnie to jest ten dzień, by rozpocząć post. Głodówki nie można zacząć z dnia na dzień, trzeba się do niej odpowiednio przygotować i to z minimum tygodniowym wyprzedzeniem. Ja jednak wolę leczenie poprzez jedzenie, choćby tego jedzenia miało być jak na lekarstwo. Ale stosując w odżywianiu  5 przemian chińskiej medycyny nie musimy liczyć kalorii, jest to tak zrównoważone jedzenie, że jeśli ściśle trzymamy się zasad chińskiej czy indyjskiej kuchni, gdzie mięsa spożywa się bardzo mało, to możemy jeść bez limitu i obaw, że przytyjemy.
    Aby jedzenie mogło pełnić leczniczą rolę, ma być nie tylko pożywne, ale smaczne. O czym często zapominają dorośli przymuszając swe dzieci do potraw, których te nie lubią i zamiast zdrowia na talerzu mamy stres np. w postaci przysłowiowego już szpinaku, a przecież w przyrodzie jest tyle zamienników, w tym przypadku np. orzechy laskowe, szparagi, brokuły itp. Uważam, że organizm dziecka wie, czego chce i sam potrafi upomnieć się o swoje. Przypomniała mi się jedna dziewczynka, która mając za zadanie w zeszycie ćwiczeń do j. polskiego napisać swe ulubione potrawy, na pierwszym miejscu wymieniła właśnie szpinak. Potem dowiedziałam się, że była ona chora na białaczkę, pokonała tę chorobę.  Przypomniałam sobie jeszcze parę innych tego typu historii, ale jak nie przystopuję tych wspomnień to nie prędko dojdę w tym wpisie do przemian energii smaków figurującej w temacie. Ale mamy jesień, a taki właśnie dygresyjny nastrój to typowe o tej porze roku. Im na dworze bardziej ponuro, tym bardziej człowiek zatapia się w sobie. Jesień to czas, w którym przyroda się kurczy i kieruje swą energię w dół i do środka. 
         W teorii 5 przemian jesień związana jest ze smakiem ostrym i z żywiołem Metalu. Ostry smak działa rozpraszająco i aktywizująco, jego cechą charakterystyczną jest poruszanie zastojów w organizmie. Podział smaków ze względu na ruch energii, to olbrzymi temat i dla lepszego zrozumienia najpierw należy poznać fizyczne skutki działania smaków. Tak więc:
Kwaśny - należy do żywiołu Drewna związany jest z wątrobą i pęcherzykiem żółciowym. ma charakter ściągający, wywołuje skurcz. Na przykład jeśli pacjent silnie się poci, to za pomocą pożywienia o tym smaku można zatrzymać płyny w organizmie, to samo dotyczy biegunki. Warto uwzględniać tę wiedzę będąc w ciepłych krajach lub też przebywając długo w miejscach gorących. Toteż w Egipcie króluje herbata z hibiskusa;
Gorzki - należy do żywiołu Ognia; związany jest z sercem, jelitem cienkim, systemem krążenia krwi oraz układem energetycznym ciała zwanym “potrójnym ogrzewaczem”. Smak gorzki osusza. Terapię opartą na gorzkim smaku stosujemy w przypadku gromadzenia się wilgoci w ciele. Na przykład, gdy pacjent ma nadmiar białego (nie żółtego!) śluzu w płucach lub oskrzelach, wtedy gotowana przez chwilę kawa jest bardzo dobrym lekiem. W ten sposób można też wyjaśnić, dlaczego kawa z rana lub papieros należące do ruchu Ognia aktywizują  perystaltykę jelit (jelito grube - ruch metalu). Zachodzi wtedy pobudzenie czynności jelita grubego poprzez rozgrzanie i osuszenie wilgoci, której przejawem jest biały śluz. Tak wykorzystuje się terapeutyczne oddziaływanie pięciu przemian według układu kontrolnego. Żywioł ognia kontroluje żywioł metalu (tu: osusza płuca, jelita i aktywizuje).
Słodki - należy do żywiołu Ziemi; związany jest z żołądkiem i śledzioną wraz z trzustką. Pojawia się tu od razu pytanie, dlaczego smak ten jest tak popularny, czemu ludzie tak lubią słodycze? Tradycje wschodnie wyjaśniają to bardzo prosto: żywioł ziemi jest żywiołem centralnym, a więc punktem odniesienia dla wszystkiego. Żywioł ziemi daje możliwość - podstawę budowania, tworzenia substancji i energii, co nie znaczy, że musi dominować, ale zawsze jest on w jakiś sposób istotny. Całe przygotowywanie jedzenia ma na celu doprowadzenie do punktu wielkiego zrównoważenia. Tak więc, chińskie stwierdzenie: “gotuję ziemię” oznacza: “po jedzeniu jestem w pełni zaspokojony”. Jest to bardzo ważny objaw. Gdy po jedzeniu pojawia się ochota na coś słodkiego, na alkohol lub coś innego, oznacza to, że pożywienie nie było zrównoważone.
   Pierwszym działaniem słodyczy jest wzmacnianie. Najpierw konieczne jest jednak wyjaśnienie, co rozumie się pod pojęciem “słodki”. Chodzi przede wszystkim o gotowane ziarna zbóż, które stanowić powinny około 50% całości pożywienia. Właśnie taki sens ma chińskie twierdzenie o wzmacniającym działaniu smaku słodkiego. Oznacza to dostarczanie ciału czi, czyli energii życiowej oraz harmonizowanie ciała i umysłu. Słodycz nie ma natomiast nic wspólnego z białym rafinowanym cukrem, który z punktu widzenia chińskiej medycyny zaliczyć raczej trzeba do trucizn.
Ostry - należy do żywiołu Metalu; związany jest z płucami i jelitem grubym. Potrawy, zioła o smaku ostrym mają działanie otwierające. Stosuje się je głównie w przypadku zastojów z nudnościami celem ich przełamania. Wymienić tu można zaleganie
jedzenia w żołądku, czego przyczyną może być m.in, spożycie starego lub złego mięsa dające objawy zatrucia. Chińczycy przełamują tę stagnację w pierwszym rzędzie przez podanie imbiru z gorącą wodą, co powoduje zanik nudności i wymiotów. Gdyby natomiast w tej sytuacji zjeść coś kwaśnego - mogłoby nastąpić pogorszenie, zastój w żołądku uległby wzmocnieniu.
Słony - należy do żywiołu Wody; związany jest z nerkami i pęcherzem moczowym. Zadaniem smaku słonego jest kierowanie wszystkiego w dół. Może być zastosowany do wyeliminowania zaparć wywołanych gorącem (stolec suchy, twardy). Łatwo zauważyć, że w tradycyjnej chińskiej sztuce kulinarnej bardzo mało mówi się o stosowaniu soli, gdyż chińska medycyna uważa, iż zazwyczaj spożywa się jej zbyt. dużo. Nadmiar soli i nadmiar słodyczy oznacza, że te dwa żywioły są ciągle silniejsze niż pozostałe. Jest to współcześnie groźny problem dla naszego zachodniego społeczeństwa. Dlatego należy przyjąć sposób gotowania zgodny ze wszystkimi pięcioma przemianami, powodując ich zrównoważenie w organizmie.
     Systematykę smaków można przedstawić w nawiązaniu do obiegu odżywczego w cyklu pięciu ruchów: drewno - ogień - ziemia - metal - woda - drewno, itd. To niezwykle ważny obieg. Kolejność przedstawienia żywiołów i kierunek przechodzenia od jednego do drugiego symbolizuje właśnie obieg odżywczy. Oznacza to, że każdy poprzedzający ruch ma za zadanie odżywianie ruchu następującego po nim. Tak więc, rozpatrując to z punktu widzenia energetycznego, wątroba i woreczek żółciowy mają za zadanie odżywianie serca i układu krążenia (osierdzia). Te znowu winny odżywiać śledzionę i żołądek, itd.
Podział ze względu na ruch energii
Prześledzić teraz należy ruch energii życiowej czi w powiązaniu z tymi smakami. Mogą tu zachodzić cztery rodzaje ruchu: w dół, w górę, do środka, na zewnątrz.
Ruchy jin
Ruchy jin to przepływy energii w kierunkach z góry w dół i od zewnątrz do środka. Są trzy smaki mogące wytwarzać tego typu ruch w organizmie: słony, kwaśny, gorzki. Te trzy smaki powodują ruch ku dołowi i ruch ku środkowi. Tak więc, gdy u kogoś występuje ruch energii w górę, np. wysokie ciśnienie krwi, mogące wywoływać np. bóle głowy, albo nawet wylew krwi do mózgu - można zastosować leki oraz pożywienie o smaku, który wywołuje ruch w dół. Ktoś inny cierpi na suchy kaszel, co jest również ruchem na zewnątrz -powinien więc uwzględnić w terapii smak poruszający energię w dół i do środka. Jak widać, teoria ta jest bardzo ważna tak w przypadku gotowania jak i w czasie leczenia.
Ruchy jang
Drugą parą są ruchy w górę i na zewnątrz. Zależą one od pozostałych dwóch smaków: słodkiego i ostrego. Tak więc smaki te działają ekspansywnie, rozszerzające od środka na zewnątrz. Zaliczenie ich do ruchów jang oznacza, że dostarczają energię na zewnątrz ciała, na jego powierzchnię. Znaczenie tego jest bardzo proste. Gdy “złapie się” np. przeziębienie, to najlepszą, terapią jest wywołanie potów. W tym celu natęży spożyć coś, co łączy w sobie smak słodki i ostry. Tradycyjne medycyny wszystkich kultur stosują właśnie zioła lub napoje o takim smaku. Nie ma znaczenia, czy będzie to cebula z miodem, czy imbir z miodem, czy też imbir z cynamonem - podstawowa zasada zawsze pozostaje taka sama. To również tłumaczy, dlaczego podczas chłodów należy jeść zupę zawierającą cebulę, czosnek i pory - gdyż będzie to chronić organizm przed przeziębieniem.
     Jednakże gdy choroba jest na zewnątrz (tzn. w zewnętrznych narządach lub na powierzchni ciała), a spożyje się coś o nieodpowiednich do tej sytuacji smakach, np.kwaśnym - ściągającym, to wtedy choroba poruszy się w kierunku np. przewodu pokarmowego. Może to być nawet bardzo niebezpieczne, bo pojedynczy, wydawałoby się nieistotny, błąd dietetyczny potrafi dużo zmienić. Zamiast lekkiej grypy może rozwinąć się grypa jelit. Dlatego oddziaływanie smaków na organizm jest ważne,

       Wszystko co spożywamy można scharakteryzować według przedstawionych właściwości energetycznych czyli ich natury, oraz smaku należącego do jednego z pięciu ruchów. Bywają też zioła czy produkty żywnościowe mające podwójną naturę (np. biały ser: neutralny i ochładzający) albo dwa smaki (np. cynamon: słodki i ostry). Powinniśmy dążyć do zrównoważonego jedzenia opartego głównie na produktach mających naturę ciepłą, ochładzającą i neutralną, a unikać skrajności (natura gorąca i zimna).
Ruch energii w organizmie
     Medycyna chińska zwraca wielką uwagę na energie życiową (czi) stanowiącą podstawę procesów życiowych. Organizm czerpie ją z trzech źródeł: powietrza, pokarmu i z tzw, zapasu przedurodzeniowego - energetycznego daru rodziców otrzymanego od nich w chwili poczęcia. Dwa pierwsze źródła są odnawialne, natomiast trzecie wyczerpuje się stopniowo - gdy go braknie, następuje śmierć. Energia życiowa manifestuje się jako jin lub jang, a te mają również po dwa aspekty. Jin przejawia się poprzez substancję (również określaną terminem jin) i płyny wewnętrzne (ksue). Natomiast jang określają: ciepło (też nazywane jang) i ruch (czi). Niezwykłe osiągnięcie medycyny chińskiej i jej istotny wyróżnik od innych systemów stanowi odkrycie i opisanie tzw. kanałów energetycznych, zwanych też południkami, czyli merydianami. Miało to miejsce około pięć tysięcy lat temu i odtąd wiedza o nich jest ciągle doskonalona i stosowana z wielkim powodzeniem terapeutycznym. Współczesne badania naukowe zaczynają potwierdzać słuszność tej starej teorii, mimo że kanały nie istnieją w tak materialny sposób jak np. żyły czy nerwy. Uważa się, że występują one w tzw. ciele subtelnym (odpowiadającym energetycznemu aspektowi każdej istoty) opisywanym dokładnie m.in. w tradycji jogicznej, a wzmiankowanym także i w niektórych dawnych systemach europejskich. Energia porusza się kanałami związanymi z różnymi narządami i funkcjami ciała. Dlatego też merydiany biorą swe nazwy od tych narządów i czynności, z którymi są najmocniej związane. Chińska wiedza na ten temat jest tak precyzyjna, że można dokładnie określić na co dany produkt po spożyciu będzie oddziaływał i którym kanałem popłynie jego energia. Imbir wpływa w szczególny sposób na merydiany żołądka i jelita grubego. Charakteryzując się ciepłą energią (wen) działa silnie rozgrzewające oraz wywołuje ruch rozpraszający, toteż jest zalecany na niektóre kłopoty z trawieniem (wychłodzony żołądek i zimne jelito grube} oraz w przypadku wilgotnego kaszlu albo przeziębienia. 
    Tak więc znajomość oddziaływania żywności i leków na właściwe kanały energetyczne może doprowadzić sztukę leczenia do wielkiej precyzji i skuteczności wręcz na poziomie akupunkturowym. Znając smak, znamy związane z nim ruchy, oddziaływanie na organizm. Wiedząc, jaki rodzaj energii ma dane zioło lub np. jarzyna oraz na jakie kanały energetyczne oddziałuje, a także znając rodzaj choroby, możemy je z powodzeniem stosować w terapii. Nie potrzeba wtedy dodatkowych badań czy analiz, wiadomo przeciwko czemu stosuje się np. imbir. Wystarczy wiedzieć, że jest ostry, ma rozgrzewającą energię i oddziałuje na jelito grube i żołądek oraz działa rozpraszające, rozszerzająco. Mając poprawną diagnozę (w tym przypadku wychłodzony żołądek i jelito grube) możemy imbir z powodzeniem stosować. Najważniejszą, a zarazem najtrudniejszą sprawą w medycynie chińskiej jest umiejętność diagnozowania, co wymaga kilku lat intensywnych studiów i sporego talentu. Po kilku przyspieszonych kursach lub przeczytaniu paru książek nie staniemy się lekarzami tradycyjnej medycyny chińskiej, choć możemy wyrobić sobie pewne pojęcie na jej temat oraz nauczyć się niektórych prostych metod terapeutycznych.

Emocje
      W medycynie chińskiej silnie podkreśla się wpływ emocji na zdrowie oraz ich związek zjedzeniem. Na przykład osoba o zrównoważonym organizmie, nawet jeśli odżywiałaby się niewłaściwie ale miała zrównoważony umysł, póki nie będzie przeżywała zakłócających emocji, poty taki tryb życia nie wpłynie destrukcyjnie na zdrowie. I odwrotnie - ktoś odżywiający się w sposób najbardziej poprawny, uwzględniający wszystkie reguły następstwa i współoddziaływania pięciu przemian, jin i jang itd., ale owładnięty silnymi emocjami, łatwo może popaść w chorobę. Równie destruktywne może być ciągłe myślenie o właściwym odżywianiu się, obawy w przypadku konieczności zjedzenia czegoś, co uważamy za niezbyt wskazane (np. u kogoś w gościnie) i wyobrażanie sobie jak to nam zaszkodzi albo sztywne, wręcz obsesyjne podporządkowywanie swego życia przyjętej diecie. Medycyna chińska nie zaleca “więziennego rygoru”. O wiele ważniejsza jest zdrowa wyobraźnia i inteligencja oraz elastyczne i spontaniczne podejście do wszystkiego. Wszak celem tak pojętej medycyny jest uczynienie życia pełniejszym i piękniejszym oraz życie w sposób bardziej świadomy.*
    Mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się zamieścić tabelę produktów wg 5 przemian, coś nie mogę jej skończyć, chyba muszę przełamać jesienny zastój. Tabele opublikowane w sieci, do których linki podawałam przy okazji swych przepisów roją się od błędów, co niedawno odkryłam: taki dosłowny groch z kapustą tam panuje, bo kapusta zaliczona została do przemiany Ziemi, podobnie jak seler, a są to warzywa należące do Metalu. Dałam nawet znać autorom, ale nikt jeszcze tego nie poprawił, więc nie ma co czekać, tylko muszę zrobić swoje zestawienie. ale jak technicznie tego dokonać w HTML-u? Jeszcze nie wiem. 

Źródła:
Ewa Dobek: "5 przemian w kuchni i w życiu"
Claude Diolosa:" Chiny, kuchnia...., tajemnice medycyny"

poniedziałek, 24 listopada 2014

Czym nakarmić bolące kolana ?


    Niedawno dopadł mnie ból kolana, który dawał się we znaki głównie przy wstawaniu, chodzeniu po schodach, nie był to ból reumatyczny ani urazowy, nic mnie nie ugryzło, chyba:), nadwagi nie mam, a aktywności sportowej ostatnio aż nadto, więc może jakieś nadwyrężenie, więc zaczęłam obawiać się o swą rowerową przyszłość. Dałam więc kolanu odpocząć i zastygłam przed kompem w poszukiwaniu jakiejś wiedzy na ten temat. Ale po paru dniach żadnej poprawy, a w internecie nic sensownego nie znalazłam, mnóstwo sprzecznych informacji, np. że na stawy kolanowe nie ma lekarstwa, że trzeba z tym żyć, z drugiej strony trzeba to leczyć, bo zaniedbanie prowadzi do kalectwa, a leczyć trzeba drakońskimi środkami, które przy okazji rujnują to i owo w  organizmie, bo innych jeszcze nie znaleziono, chcąc mieć zdrowe kolana, musisz więc poświęcić coś innego ze swego zdrowia, o pieniądzach nie wspominając. No cóż, taką medycynę trudnego wyboru mamy w XXI w. i wciąż jest ona  na etapie poszukiwań środków na regenerację np. mazi stawowej. Ja też jestem na tym etapie, też szukam i o dziwo znalazłam,  tym razem nie w internecie, tylko w kuchni i mądrych księgach, sposób prosty i jak dla mnie niezwykle skuteczny. Wyleczyłam się w parę dni, nawet nie pamiętam dokładnie ile trwała kuracja, bo zwyczajnie zapomniałam o swej niedawnej przypadłości, dopiero któryś z domowników mi przypomniał, pytając, jak tam kolano.Także moja koleżanka, uświadomiła mi, że temat kolan jest zaniedbywany,  skarżąc się, że jak kuca, to słychać ją z daleka.
    Skoro mi pomogło, to mam nadzieję, że nie jestem odosobnionym przypadkiem i innym z podobnymi kolanowymi objawami też może pomóc, tym bardziej, że nie zaszkodzi i już spieszę z odsłoną tego cudownego lekarstwa na stawy- a jest to zwyczajny, zwyczajniusieńki pęczak, czyli kasza jęczmienna. Ale po kolei.
    Mimo, że nie znalazłam nic optymistycznego w kwestii leczenia kolan na różnych forach sportowych i medycznych, to jednak chciałam dowiedzieć, co radzi lekarz medycyny konwencjonalnej, zalogowałam się w poradni on line i zadałam ortopedzie takie oto pytanie: " Dużo jeżdżę na rowerze i ostatnio dokucza mi ból jednego kolana (urazu mechanicznego nie doznałam), zrobiłam więc przerwę w jeżdżeniu, ale ból nadal trwa. Jak mogę sobie pomóc? Odpowiedź była krótka i nie bardzo do mnie przemawiała:
"Więcej jeździć na rowerze". Hm...jak tego dokonać, musiałabym wcale z roweru nie schodzić, bo ostatnio robiłam po 30-40 km dziennie:) Wtedy mnie olśniło, przypomniałam sobie, jak miałam chorą rękę, jak ból i drętwienie nadgarstka nie dawły mi spać po nocy i jak ze skierowaniem od lekarza rodzinnego trafiłam do ortopedy. Czekałam w dłuugiej kolejce i jak mniej więcej po godzinie weszłam do gabinetu, tak po ok. 10 minutach z niego wyszłam. Lekarz stwierdził u mnie zespół cieśni nadgarstka i że na obecną chwilę nie można mi pomóc, bo jestem za młoda na operację, a innego sposobu na tę przypadłość nie ma, zresztą operacja to tylko doraźne rozwiązanie problemu, bo po jakimś czasie u większości zoperowanych pacjentów problem ucisku nerwów przez mięśnie przedramienia powraca. Mogę oczywiście skorzystać z rehabilitacji (naświetlań itp.), ale do takich darmowych zabiegów są miesięczne kolejki, lepiej, abym zapłaciła gdzieś prywatnie, ale tu też, po rehabilitacji, nie ma co liczyć na jakąś specjalną poprawę. Ogólnie więc ortopeda zalecił, bym nic nie robiła:) A konkretnie: jak najrzadziej używała tej chorej ręki. No masochistką nie jestem i gdzieś tam nawet nieśmiało przeczuwałam, że jak boli, to lepiej oszczędzać tę dłoń i to jedyną prawą jaką mam.  Lekarz w bezradnym geście rozłożył ręce, dając tym samym do zrozumienia, że czas mej wizyty dobiegł końca, a ja, pomna jego zaleceń, nie podałam mu ręki na pożegnanie. 
    Nasza pamięć jest ułomna, przypominamy sobie dopiero, gdy boli: historia z ręką poszłaby w zapomnienie, gdyby nie noga, ale mam nadzieję, że ta ostatnia też już nie da o osobie znać. Rękę mam już zupełnie zdrową, ale o tym, jak ją wyleczyłam, napiszę w osobnym wpisie w razie zainteresowania. Zanim przypomniałam sobie moje doświadczenia z ortopedami i wróciłam do zgłębiania medycyny naturalnej, głównie TMC (Tradycyjnej Medycyny Chińskiej), przebrnęłam przez pesymistyczne wieści naszej medycyny konwencjonalnej, które przytoczę tutaj dla porównania i z nadzieją, że unikniecie podobnych chorych sugestii. Na stroniehttp://lionfitness.pl/artykuly,24,co-robic-a-czego-nie-gdy-boli-kolano,1175.chtm, czytamy:
"Najczęstszym chronicznym bólem kolan jest ból spowodowany zniszczeniem chrząstki stawowej. Wtedy kości, pozbawione gładkiej powierzchni chrząstki, trą o siebie dając dokuczliwe dolegliwości. Niestety nie ma sposobu na to, by spowodować regenerację chrząstki stawowej(...)" 
   Na innej stronie sposób jest, oczywiście promuje się tu lek i, jak zwykle przy tego typu artykułach sponsorowanych, lepiej przemilczeć jego skuteczność, a jak już trzeba wspomnieć o skutkach ubocznych, to najlepiej w taki oto nieznaczny sposób:

"Glukozamina może powodować nieznaczne problemy ze strony układu pokarmowego - biegunkę lub wręcz przeciwnie, podniesienie poziomu cukru, cholesterolu i trójglicerydów. Badanie NIH Glucosamine/Chondroitin Arthritis Intervention Trail wykazało, że glukozamina z chondroityną są skuteczniejsze w przypadku silnego bólu. W przypadku łagodnych dolegliwości skuteczność była porównywalna z placebo".
http://www.runners-world.pl/zdrowie/Cudowny-lek-na-bol-kolan,4580,2


Wszędzie roi się się od efektów placebo, dalej można dowiedzieć się:

"W Polsce preparaty z glukozaminą oraz mieszanki glukozaminy z chondroityną można kupić bez recepty nie tylko w aptekach, ale również w sklepach z odżywkami i suplementami. Wybieraj te sygnowane marką firmy, którą już znasz lub którą Ci ktoś polecił (...)
Pamiętaj, że efekty nie przyjdą natychmiast. Musisz poczekać dwa, trzy miesiące, by je zauważyć, więc nie zniechęcaj się już po tygodniu, jeśli ból nie przejdzie. "

Taak, nie zniechęcaj się kliencie o bardzo małym rozumku, tylko czekaj dalej, następnych parę tygodni i nadal kupuj, bo przecież za placebo do sądu nas nie pozwiesz.Gdyby to tylko było placebo, to pół biedy! Ale na efekty, również te uboczne, też trzeba poczekać, czasem więcej niż kilka tygodni. Jeśli chodzi o kaszę jęczmienną, to trudno o efekt placebo, jeśli na kolana nie pomoże, to dla reszty organizmu nie będzie obojętna, zawsze ma dobroczynny wpływ. Choć oczywiście mam nadzieję, że pomoże wam na stawy kolanowe, podobnie, jak mnie.
 Co więc takiego ma ta kasza jęczmienna? 
   Pęczak jest najmniej przetworzoną kaszą, bo otrzymaną z całych, nie pokruszonych ziaren jęczmienia, po jego  pokruszeniu produkuje się kaszę perłową,która jest już nieco mniej lepka po ugotowaniu. A własnie owa kleistość tej kaszy, lepkość daje naszym stawom poślizg.
   W kaszy jęczmiennej, oprócz witamin, znajdziemy ponadto wiele cennych składników mineralnych. Przede wszystkim, spośród innych kasz zawiera ona najwięcej wapnia. Jest to niezbędny materiał budulcowy naszych kości i szkliwa. Pęczak pobudza pracę nerek, wzmacnia kolana i lędźwie.*
  Ponadto odnajdziemy w niej także sporo cynku, potasu oraz żelaza (którego niedobór może prowadzić np. do niedokrwistości, spadku sprawności fizycznej czy przemęczenia). Wiem, że na stawy i kości dobra jest również żelatyna, ale chyba nie ta w proszku, nie wiem, jak wygląda produkcja tej sprzedawanej w sklepach i chyba nie chcę wiedzieć, zwierząt w  pożywieniu staram się unikać. Natomiast pęczak lubię i zadział na mój staw kolanowy piorunująco. Jadłam tę kaszę przez trzy dni z rzędu i zapomniałam, kiedy przeszedł mi ból w jednym kolanie, a w drugim przestało strzykać. Roweru też sobie nie ograniczam.
   Należy  dodać, że Tradycyjna Medycyna Chińska, która jest matką naturalnych orientalnych terapii, traktuje człowieka holistycznie, jako całość, jako mikrokosmos. Nie leczy się w TMC niedomagań ręki, nogi czy ogólnie kości i stawów, bo to są objawy wskazujące na inny, głębszy problem. W tym konkretnym moim przypadku przyczyną kostnych problemów były  nerki. To tradycyjne chińskie podejście wbrew pozorom nie różni się zbytnio od poglądów stojących u początku naszej medycyny. Już Hipokrates- ojciec medycyny zachodniej- uważał, że człowiek pozostaje w ścisłym związku ze swym środowiskiem i że należy leczyć chorego, a nie konkretną chorobę. Nasza medycyna zachodnia skupia się na leczeniu skutków, patrzy na człowieka fragmentarycznie, a dokładniej wycinkowo, bo eliminuje się schorzenia za pomocą skalpela lub oferuje doraźną pomoc w postaci tabletki. Dlatego, gdy zaczęłam leczyć swe kolano, zaopatrzona w e-booki z zakresu medycyny naturalnej, zobaczyłam wyraźnie, jak różne symptomy u mnie występujące zaczęły układać się - nomen omen- w całość, różne objawowy prowadziły do jednego źródławszystko wskazywało, że źródłem problemu są nerki, przy tym nie odczuwałam ze strony nerek żadnych niepokojących objawów, ale pewnie odczułabym po jakimś czasie, w następnej, po bólu kolana, kolejności. Po prostu zgodnie z wyczytanymi wskazaniami zaczęłam również o nie dbać.
    Pęczak pomógł mi bardzo i polecam tę kaszę wszystkim mającym problemy ze stawami, ale ponadto proponuję zwrócić uwagę na nerki, by zapobiegać podobnym schorzeniom. Należy dobrać odpowiednie, ogrzewające, pokarmy i generalnie trzymać się ciepło, bo nerki to jedyny organ, którego nie da się przegrzać! 
 Oprócz dolegliwości kostnych do nerek powinny nas skierować problemy z pęcherzem - to wiadomo, z uszami- to mniej wiadomo lub włosami, o czym już mało kto wie. Taka z pozoru błaha sprawa, jak wypadające w dużych ilościach włosy może świadczyć o złej kondycji nerek. Ja o tym nie wiedziałam i ten syndrom zupełnie zignorowałam, bo włosów na swej głowie zawsze miałam pod dostatkiem. I jak zaczęłam codziennie garściami zbierać je z ubrań, z podłogi, jak rura od odkurzacza się zapchała, to jakoś się tym specjalnie nie przejęłam, tłumaczyłam sobie to zmianą pory roku, bo skoro mój kot tak ma na zimę, to czemu ja nie mogę. Dopiero jak postudiowałam trochę TMC to obraz dywanu z mych włosów dopełnił całokształt objawów składających sie na diagnozę: Nerki i to pisane dużą literą, gdyż nie chodzi tylko o ten narząd ciała z czysto biologicznego punktu widzenia.  W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej pisane dużą literą: Nerki, Wątroba, Śledziona,Trzustka to najważniejsze organy, które mają również szerszy aspekt niż tylko materialny, rozprowadzają bowiem energię, są ośrodkami meridianów, są to tzw. centra energetyczne organizmu i tu zaczyna się nowy olbrzymi temat, którego nie zdołam przybliżyć. Zainteresowanym TMC na początek polecałabym książkę "Odżywianie dla zdrowia" Paul`a Pitchforda lub Claude Diolosa: „Chiny,kuchnia...., tajemnice medycyny".
Źródła:
http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/medycyna-chinska

wtorek, 18 listopada 2014

Aromatyczna i energetyczna zupa hokkaido

 
          Jest to jedna ze zdrowszych i najszybszych zup, jakie znam. Sezon na te dynie nadal trwa, więc kto jeszcze nie miał okazji spróbować, choćby pieczonej w ziołach i czosnku, to gorąco polecam. O zaletach tej dyni hokkaido rozwodziłam się TU, ale obiecanego  poematu nie zdążyłam napisać,więc tylko dorzucę trochę prozy:
żywo pomarańczowy kolor dyni świadczy o bogactwie prowitaminy A -beta karotenu. Ponadto dynia zawiera witaminy z grupy B, wit. C, PP oraz witaminę E, zwaną "witaminą młodości". Bogata jest w potas, wapń, fosfor i żelazo- działa więc krwiotwórczo. Dynia hokkaido wzmacnia odporność na infekcję układu oddechowego. Z punktu widzenia Tradycyjnej Medycyny Chińskiej hokkaido jest ciepła termicznie; wzmacnia Qi (energię) Śledziony, Trzustki oraz Żołądka. Jest krwiotwórcza, idealna przy palpitacjach i problemach ze snem. Idealna dla dzieci, leczy biegunkę spowodowaną zimnem i niedoborem Qi Środkowego Ogrzewacza (Śledziony oraz Żołądka). Dzięki swej pięknej barwie i energii daje poczucie harmonii, spokoju, wzmacnia nasze bycie bycie "tu i teraz":).*

   ZUPA HOKKAIDO
Można zrobić wersję light, szczególnie polecam dla małych dzieci lub na ostro z czosnkiem i  chili. Ja ostatnio zachwycam się "orzechowym" smakiem tej łagodnej zupki.


Przepis 
      Wg 5. przemian, by było jeszcze bardziej energetycznie. O pięciu przemianach, nie tylko w mej kuchni, można dowiedzieć się TU . Średniej wielkości dynię hokkaido umyć, przekroić na dwie nierówne  części :), bo niełatwo ją przepołowić) i wypatroszyć:) czyli  łyżką wygrzebać miąższ. Hokkaido nie obieramy ze skóry!

O: zagotować ok 1,5 l wody i dodać łyżeczkę kurkumy
Z: dodać pokrojoną  na duże kawałki dynię, takie, by łatwo mieściły się później w kielichu blendera.
Doprowadzić do wrzenia i dodać:
Z: słodka sproszkowana papryka- łyżka, cynamon- pół łyżeczki, oliwa z oliwek- 2 łyżki;
M:  liść laurowy, pół łyżeczki nasion kolendry lub kuminu lub garam masali, oregano- łyżeczka, Opcjonalnie pieprz i ostra papryka -szczypta.
W wersji ostrej w tym miejscu dodajemy papryczkę chili i więcej garam masali lub kuminu
W: Teraz możemy dolać wody,jeśli dynia za bardzo wystaje ponad powierzchnię, a najlepszy byłby wywar z rosołu.
W: Kostka rosołowa- taka bez glutaminianu i tym podobnych (występuje np. w Rossmanie) lub jakiś rosołowy wywar; sos sojowy jasny;
D: natka pietruszki lub estragon- płaska łyżeczka lub ocet jabłkowy/cytryna - łyżeczka.
     Gotujemy do miękkości dyni, ok. 15 min. Następnie wszystko miksujemy. Na talerzu zupkę posypujemy pestkami dyni, natką pietruszki, czarnym sezamem lub czarnuszką. Można podać z grzankami, najlepiej czosnkowymi.
W wersji ostrej przed zmiksowaniem zupy dodajemy zeszklone na patelni: cebulę i kilka ząbków czosnku.

*Źródło:
http://dziecisawazne.pl/dynia-hokkaido/

czwartek, 13 listopada 2014

Listopadowe niespodzianki: górskie "kapary"

      
     Pamiętacie taką wiosnę w listopadzie? Bo ja w swym wcale niekrótkim życiu takiego ciepłego listopada nie doświadczyłam. a świadczy o tym choćby to, że odkąd mieszkam w górach, nie doczekałam się owoców nasturcji. Zaletą mieszkania na wys. ponad 1000 m n.p.m jest może to, że gdy  sezon  np. na truskawki, czereśnie w miejscowościach położonych choćby 30 km niżej  już dawno się skończył,  u nas się dopiero zaczyna. Gdy późne odmiany wiśni dawno zostaną strawione na nizinach, w mej miejscowości można podziwiać białe kwiecie na drzewach. I na tym mogłabym zakończyć listę zalet, przynajmniej w dziedzinie wegetacji roślin, bo wiele z nich nie ma szans w ogóle rozwinąć się w takim klimacie. 
      A w tym roku taka niespodzianka, że w połowie listopada moje nasturcje przed domem zaowocowały, lecz zrażona corocznym przymrozkami, które już pod koniec lata niszczyły te rośliny, zasadziłam ich niewiele. W poprzednim poście o ciasteczkach chyba przesadziłam, pisząc, że nie mamy teraz sezonu na kwiaty:) Dobrze, że zrobiłam ostatnio ciasteczka chabrowe, a nie nasturcjowe. Weków co prawda z mych zbiorów nie zrobię, mam póki co 5 owoców. Nasturcje - to takie nasze kapary- smakiem i wyglądem bardzo je przypominają. A może wkrótce zasadzę kapary w związku z ociepleniem klimatu. Mam na dworze już metrowe drzewka cytrusowe, póki co w doniczkach:)
     Owoce zbiera się zanim opadną na ziemię i można spożywać je na surowo, dodając np. do sałatek lub zamarynować. Są pyszne. Poszukajcie więc nasturcji w swej okolicy i skosztujcie tych kuleczek, są zadziwiające w smaku, nieco jak głąb z kapusty, tylko trochę bardziej ostre.  Tej wiosennej jesieni można jeszcze tyle nazbierać, by starczyło  na zamarynowanie, Najczęściej występują jako pnącza w ogródkach przydziałowych, wyruszę jutro na poszukiwania, może się ktoś ze mną podzieli:)
    Warte polecenia są także nalewki z nasturcji, a wówczas wykorzystuje się całą roślinę. Taka spirytusowa nalewka jest dobra m.in. na wzmocnienie włosów. Przepis znalazłam Tutaj
Ponadto nie wiedziałam, że: "Nasturcja jest także świetnym strażnikiem ogrodowym. Posiana pomiędzy roślinami pomidorów, skutecznie odstrasza wełnowce, które potrafią zaszkodzić naszym pomidorom. Nasturcja jest dobrym sąsiadem dla ziemniaków, rzodkiewki, grochu, warzyw kapustnych, fasoli tyczkowej, bobu (...)Nasturcję dobrze jest też posadzić wokół drzew owocowych, skutecznie odstraszają takiego szkodnika jak bawełnicę korówkę." 

Źródło:
http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/2011/12/nasturcja.html

poniedziałek, 3 listopada 2014

Jak zrobić zsiadłe mleko bez mleka zwierzęcego i po co?

      Mleko zsiadłe z mleka roślinnego? Taką możliwość daje chyba tylko mleko kokosowe. Oczywiście to świeże, zrobione w domu (nie sklepowe z puszki), z niesiarkowanych wiórków. Palma kokosowa nazywana jest w swoich ojczystych regionach "drzewem życia" lub "Lekarstwem na wszystkie choroby". Mleko kokosowe można podawać niemowlętom od 6 miesiąca życia. Jest to przy okazji świetny lek na biegunkę, wymioty, problemy żołądkowe. Kokos ma ogromne ilości minerałów i tłuszczów nasyconych MCT, które łatwo się spalają, toteż stanowią szybkie źródło energii. Wzmacniające właściwości tego orzecha są powszechnie wykorzystywane w diecie sportowców oraz rekonwalescentów. Więcej na temat kokosa napisałam w przepisie na krem do twarzy: Tutaj
Jak zrobić pełnowartościowe mleko kokosowe
      Domowe mleko kokosowe robi się szybciej i prościej niż inne roślinne i jest najtańsze wśród orzechowych. Nie trzeba (i nie należy!) nic namaczać, nic nie musimy odciskać przez ściereczkę, wystarczy przecedzić przez gęste sitko czy gazę, by nie było osadu na dnie butelki (ale ja tego nie robię, drobinki osadu mi nie przeszkadzają). Potrzebny jest jedynie mocny mikser/blender. Wsypujemy wiórki lub płatki kokosowe, ekologiczne bez chemicznych dodatków i mielimy na najwyższych obrotach do uzyskania płynnej konsystencji - powstaje nam wówczas tzw. masło kokosowe. Czas wykonania masła kokosowego zależy od siły robota i świeżości wiórek, szerzej pisałam o tym w poście o kremie i dokładniejszy przepis na masło kokosowe jest TU. U mnie trawa to ok. 7 minut, oczywiście z przerwami na zamieszanie i zgarnięcie osadzających się wiórek na ściankach naczynia.
       Tak więc dopiero z masła kokosowego (zwanego też kokosowym olejem) uzyskamy najlepsze, pełnowartościowe mleko kokosowe, które powstanie  po dodaniu wody. Możemy też uzyskać konsystencję gęstej śmietany, jeśli dodamy mniej wody. Ogólnie proporcje są takie: na szklankę wiórek (ok. 200 g) przypadają 4 szklanki wody. Woda powinna być ciepła,  by lepiej się wszystko połączyło i najlepiej dodawać ją stopniowo, po jednej szklance. Miksujemy jeszcze chwilę  już na niższych obrotach i gotowe. Każde mleko kokosowe po odstaniu  ma tendencje do rozwarstwiania się, ale wystarczy przed nalaniem wstrząsnąć.
A jak powstaje zsiadłe mleko kokosowe? No oczywiście samo. 
W skrócie wygląda to tak:
robimy masło kokosowe - z tego po dolaniu szklanki wody mamy gęstą śmietanę-- po dodaniu kolejnych szklanek wody mamy mleko - a jak zapomnimy schować je do lodówki i akurat rozpocznie się w domu sezon grzewczy (tak jak w moim przypadku) to mamy mleko zsiadłe z dobroczynnymi kulturami bakterii, pyszne w smaku, o gęstej konsystencji i lekkim aromacie kokosowym. W smaku i konsystencji jest jak jogurt naturalny. Nie jest ono jeszcze tak gęste, by łyżka stała, ale mam je dopiero 3 dni, więc ciekawa jestem, co będzie z nim dalej, ale pewnie się nie doczekam, bo zostanie przez nas pożarte:)

CZY WARTO SIĘ W TO BAWIĆ?
         Od dziecka nie lubiłam mleka krowiego, koziego itp. i upłynęło mnóstwo lat, zanim się dowiedziałam, dlaczego. Kiedyś, dawno temu, jeszcze nie za moich czasów, mleko tak nie szkodziło, bo nie było spożywane w takich ilościach, jak obecnie: jogurty, twarożki, lody, słodycze itd. Wszystkie one produkowane są na bazie szkodliwego "mleka" UHT. W dawnych czasach, gdy nie królowało mleko pasteryzowane, a lody i słodycze jadało się od święta, ludzie nie zmagali się z alergiami pokarmowymi, jak obecnie.
    Walka z mitami i tradycją, przekonaniami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie, że mleko zdrowe jest, jest walką z wiatrakami. Większość lekarzy nabiera wody w usta, nie informują pacjentów, jaka jest prawda. Reklamy namawiają, by pić mleko danej wytwórni. Wszystko dla pieniędzy, a nie dla zdrowia społeczeństwa. Niezależni naukowcy próbują wypowiadać się na temat szkodliwości picia mleka, ale ich głosy są wyciszane. Biznes jest bezlitosny.
 Dlaczego jesteśmy bezkrytyczni wobec tego, czym się karmimy? 
Pisałam o tym w poście o fluorze Tutaj, ale trzeba sobie zdać sprawę, że zdrowy rozsądek tracimy  również wraz z rozwojem cywilizacji: ogłupiające przekazy telewizyjne, w ogóle gotowe obrazy podawane w mediach, spowalniają procesy samodzielnego myślenia, utrudniają rozwój wyobraźni (co najlepiej widać w naszych szkołach). Pewnie słyszeliście o następującej zależności. Jeżeli przez długi czas jakieś kłamstwo będzie wciąż powtarzane, to w końcu zaczynamy w to wierzyć. Przestajemy się zastanawiać nad prawdziwością  takiego przekazu, nie dociekamy, czy tak faktycznie jest.
    Na szczęście każdy kij ma dwa końce i wraz rozwojem cywilizacji mamy takie dobrodziejstwo, jak Internet - niezależne narzędzie komunikacji i kopalnia wiedzy. To internet pozwala rozwinąć świadomość, ale trzeba chcieć. Świetne kompendium wiedzy na temat mleka znalazłam na stronie http://mleko.ojoj.pl/, więc pozwolę sobie streścić parę fragmentów: "Odkrycia i badania naukowe prowadzone nad mlekiem są jednoznaczne. Doktor Nand Kishare Sharma w swej książce “Mleko cichy morderca” chce uświadomić czytelników o złych skutkach picia mleka. Wskazuje, że wielu z nas nieświadomie zawdzięcza sobie wiele chorób, jednocześnie obwiniając za to los, wirusy, wiek, otoczenie i Boga. Niestety, nauka o żywieniu i leczeniu pełna jest nieporozumień w porównaniu z innymi dziedzinami. Powoduje to dezorientację człowieka, nie wiemy w co wierzyć.
        Mleko krowie czy kozie, no generalnie zwierzęce, nawet jeśli jest świeże, to nie jest zdrowe dla dorosłego człowieka, ani dla naszych dzieci, o czym niżej. Ono jest dobre jedynie dla parzystokopytnych i to tylko, gdy są młode, zanim wykształcą im się zęby. Gdy cielęta po osiągnięciu dojrzałości nadal otrzymują  mleko, zapadają na anemię.
        Dla nas takie mleko jest po pierwsze: ciężko strawne, o czym po raz pierwszy dowiedziałam się od mądrej Pani w podstawówce na biologii. Dorośli nie posiadają laktazy- enzymu trawiącego laktozę-  cukier zawarty w krowim mleku.Ten enzym trawienny wytwarzany jest w jelitach dziecka mniej więcej do 3 roku życia i wraz z wiekiem zanika. Jeśli pomimo tego nadal podawane jest dziecku mleko z nadzieją pokrycia zapotrzebowania na wapń, to można je narazić na objawy nietolerancji: nudności, wymioty, biegunki i rozwolnienia, kurcze żołądkowe, wydzieliny z nosa i śluz, dolegliwości związane z układem oddechowym (astma), zmęczenie, złe samopoczucie, wzdęcia. Nawet jeśli przyzwyczaimy organizm do spożywania mleka krowiego, to nie oznacza to, że unikniemy skutków takiej diety.
       "Badania przeprowadzone na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Stanowego w Ohio udowodniły, że nietolerancja mleka może doprowadzić do zrzeszotnienia kości czyli osteoporozy, ponieważ zachodzi zmniejszona absorpcja wapnia pomimo jego dużych ilości w pokarmie. Przyczyna, to brak laktazy - enzymu trawiącego cukier mleczny. Podawanie mleka dzieciom powyżej trzeciego roku życia osłabia układ trawienny i zęby z powodu braku błonnika. Innymi skutkami są: anemia, osłabienie, zła cera".

Mleko krowie nie jest dla człowieka? 
       Z zaskoczeniem niejeden zada to pytanie. Ano tak się składa, że krowa ma ogromną masę kostną, więc logiczna jest większa ilość wapnia. Cielę, gdy się urodzi, waży około 40 kg, a wagę dojrzałego osobnika, 900 kg, osiąga w ciągu 2 lat. I do tak szybkiego wzrostu potrzeba mu odpowiednio więcej białka oraz steroidów i hormonów niezbędnych do wzrostu. Podając mleko krowie dzieciom, narażamy je na zaburzenia procesu wzrostu i nierównowagę w funkcjonowaniu gruczołów. Dla przypomnienia: człowiek po urodzeniu waży ok. 3 - 4 kg i osiąga swoją stałą wagę 50 - 90 kg po około 18 latach :)
   Pomyślmy, młody cielak kiedy osiągnie odpowiedni wzrost przestaje pić mleko. Nie jest mu więcej potrzebne do rozwoju. Zaczyna jeść inny pokarm, przeznaczony dla dorosłych osobników. Człowiek jednak, nawet, gdy dorośnie, nadal myśli, że mleko jest mu wciąż niezbędne. W dodatku nie dotyczy to mleka ludzkiego (sama myśl, że dorośli ludzie nadal piją mleko swej mamy jest dla nas odrzucająca), lecz mleka krowiego. Tak jakby człowiek był jakoś z krową spokrewniony. Mleko może być pokarmem awaryjnym, lecz nie regularnym. Pomimo, że mleko krowie nie jest proporcjonalnie zbliżone do ludzkiego, to jednak zastępuje się to ostatnie krowim. W takim porównaniu składników i proporcji lepiej wypadnie mleko oślicy. Jednak ze względów ekonomicznych zdecydowano się na spożywanie krowiego.
       Surowe mleko zawiera cenne i niezbędne składniki odżywcze. Spożywane bezpośrednio od matki, nie ma kontaktu z powietrzem. Mleko przetworzone, pasteryzowane, homogenizowane nie ma wartości odżywczej. Ponadto białka mleka krowiego i ludzkiego różnią sie znacznie. Jednym z nich jest kazeina. W mleku krowim jest jej sześć razy więcej niż w mleku ludzkim. Po trafieniu do ludzkiego żołądka krowie mleko się ścina tworząc duże grudki i zalega w żołądku około 4 godziny. Istotną sprawą jest też wykorzystywanie przez organizm białka. Białko krowiego mleka zostaje wchłonięte tylko w połowie. 
      Na równowagę w organizmie ma  wpływ także stosunek wapnia i fosforu w mleku. W ludzkim mleku stosunek ten wynosi 1,83:1, a w krowim 1,22:1. W tym ostatnim bezwzględna ilość wapnia jest większa niż w mleku ludzkim (odpowiednio 118 i 33 mg/100g mleka). Taka zawartość wapnia oraz hormonów grozi zachwianiem równowagi wapniowo-fosforowej. Grozi to powstawaniu środowiska kwasowego, w którym rozwijają się bakterie, również w jamie ustnej, powodując rozwój próchnicy. Spożywanie samego nabiału jako źródła zapotrzebowania na wapń może prowadzić od niedoboru magnezu i zaburzenia równowagi między tymi pierwiastkami. Lepszym źródłem wapnia są orzechy, ziarna, warzywa.

 dr Williama A. Ellis: “W ciągu mojej 42-letniej praktyki wykonałem ponad 25 tysięcy testów krwi  moich pacjentów. Ich wyniki wskazują, że ci, którzy spożywają mleko i/lub jego przetwory, nie absorbują (nie wchłaniają) składników odżywczych tak dobrze jak ci, którzy go unikają. Niewłaściwa absorpcja wywołuje, oczywiście, chroniczne zmęczenie” (Healthview Newsletter, Virginia, wiosna 1978)

       Przyzwyczajenie drugą naszą naturą. 
        Gdy mleko roślinne, najczęściej z orzechów, na stałe zagościło w naszej lodówce, nie od razu poinformowałam  o tym moje dziecko. Aromat mleka orzechowego w jego ulubionych płatkach śniadaniowych nie budził podejrzeń, a  jako samodzielny napój podawalm mu niearomatyczne, najbardziej zbliżone smakiem do krowiego- z nerkowca. Po co ta konspiracja? Bo junior jest już duży, najchętniej preferowałby dietę Mc Donaldową i hasło, że coś jest zdrowe wywołuje u niego natychmiastowe równanie: zdrowe = niesmaczne. Takie już mam konserwatywne dziecko, bardzo opornie podchodzi do nowości kulinarnych. Jak się zaprze na starcie, to ani prośbą, ani racjonalnymi argumentami ani szntażem nie da sie go skłonić, by spróbował tego czy owego. Musi dużo czasu upłynąć, by przkonał się do jakiegoś nowego specjału spożywczego.Toteż chcialam ten proces przyspieszyć i spokojnie bez zbędnej gadaniny przekonać osiołka. I udało się jak mało kiedy. Robiłam mleczko migdałowe, kokosowe, z orzechów laskowych i włoskich, a syn przez miesiąc wdzięcznie je spożywał  i mogłabym tak jeszcze długo nie zdradzać niekrowiego pochodzenia tego cudnego napoju, ale w końcu nie robię go w piwnicy, a już wypadało zadbać o jego świadomość w tym względzie. Przeprowadziłam więc pogadankę i tak jak się spodziewałam, pił to mleko z nieufnoscią i mniej chętnie, ale pił.
 I razu pewnego stał się cud.Gdy brakowało mi szklanych butelek do mojego mleka, takich z dobrą nakrętką, bo np. od frugo rdzewieją, kupiłam w Kauflandzie najmniej niezdrowe z niezdrowych- niepasteryzowane mleko krowie mające w  nazwie: "świeże" . Choć zależało mi głównie na butelce, mleka nie wylałam, by przy okazji sprawdzić, czy uda się zrobić z niego zsiadłe, ale odruchowo wstawiłam butelkę do lodówki. Tak się złożyło, że junior postanowił zrobić sobie płatki z mlekiem, a byłam wówczas z dala od kuchni. Dziecko przyszło mi zakomunikować, że mleko jest chyba zepsute, że nie wyszło mi tym razem i czy mogłabym choć raz w miesiącu kupić mu zwykłe! Moje radosne zapewnienia, że własnie ma do czynienia ze "zwykłym" mlekiem  nie były zbyt przekonywujące, bo podejrzliwy nastolatek twierdził, że pewnie przelałam do oryginalnej butelki swój własny wyrób. Dobrze, że miałam paragon ze sklepu i obyło się bez dodatkowych zapewnień. To mleko krowie nie było przeterminowane, Spróbowałam nawet i było normalne, zdatne do spożycia, z tym że miało swój typowy, nieciekawy zapach - nieprzyjemny dla kogoś, kto się od krowiego odzwyczaił, spożywając na co dzień  inne; prawie bezwonne lub o aromacie orzechów. Zresztą ten zapach czuć tylko zaraz po otworzeniu, szybko się ulatnia, a jednak młody stwierdził, ze woli bułkę na śniadanie.Widać do zdrowych rzeczy nawet oporni mogą się szybko przyzwyczaić, ja w dzieciństwie nie miałam takiej alternatywy, nawet sojowe nie było wówczas znane, a do krowiego się na szczęście nie przyzwyczaiłam i żadne dodatki smakowe nie skłoniły mnie do wypicia szklanki mleka z własnej woli.
Uważam, że hasło: PIJ MLEKO, BĘDZIESZ KALEKĄ to drastyczna prawda, którą należy należy propagować, nie tylko w mleczarniach:) 
   Mam taką cichą nadzieję, że wyrazicie swą opinię w komentarzach. Dziękuję, że dotarliście aż do tego miejsca mego wpisu.  
  
ŻRÓDŁA: “Mleko cichy morderca” dr N. K. Sharma 
http://mleko.ojoj.pl/

czwartek, 23 października 2014

Co jeszcze na dobry sen?

 Nie tylko dla zmarzluchów

         Dobrze wpływa zjedzenie banana, a już najlepiej, i to bez względu na porę roku, sok wiśniowy. A jeżeli musimy się szybko wyspać, to za rewelacyjny uważam olej z pestek wiśni. Niestety dosyć drogi (ok. 28-30 zł 200 ml) i nie zawsze dostępny w ekologicznych sklepach stacjonarnych, a pomagał zawsze, ma silniejsze działanie niż sok z wiśni (o którym możecie przeczytać niżej), a jest także pyszny, toteż piłam go z gwinta bez popitki :) i może dlatego oprócz kamiennego snu zauważyłam inne jego właściwości, ale o tym w nowym wpisie.
       Póki w mych okolicznych sklepach nie ma go nawet na lekarstwo i póki jest cudownie chłodno ;) delektuję się swym rozgrzewającym kompocikiem.
      Według ostatnich brytyjskich badań, sok z wiśni może mieć zadziwiające właściwości dla naszego snu. Zawiera melatoninę, a więc zwiększa naturalne poziomy tego wydzielanego w nocy hormonu, który reguluje biologiczne rytmy organizmu.Sok wiśniowy zwiększa  i jakość, i długość snu.
      Zespół badaczy ze School of Life Sciences obserwował sen uczestników eksperymentu, dzięki zastosowaniu specjalnych czujników. Naukowcy stwierdzili, ze ludzie pijący sok wiśniowy doznali poprawy długości snu od 25 minut średnio. A jakośc tego snu poprawiła się o 6%.
   To, co jest interesujące w tych pracach, to fakt, że melatonina zawarta w soku wiśniowym jest wystarczająca, żeby wywrzeć dobre działanie na sen, komentuje doktor Jason Ellis, dyrektor centre for Sleep Research przy School of Life Sciences, cytowany przez Daily Mail.***

Afirmacje
      No skoro zadbaliśmy o ciało przed snem, to co zrobić z często niespokojnym, przeładowanym informacjami, bezustannie gadającym umysłem. Wiadomo, że początkowo gonitwa myśli będzie tym bardziej natrętna, im szybciej będziemy chcieli się jej pozbyć. Toteż ustalamy, kto tu jest szefem, przyglądamy się myślom swym z pozycji biernego, zdystansowanego, ale akceptującego widza, i te, które przypominają nam np. o jakichś niewykonanych zadaniach, przesuwamy na półkę z obiecującym napisem:"JUTRO", a zatrzymujemy na chwilę te mówiące o pięknym dniu, zdarzeniu, o tym, co fajnego udało nam się zrobić i to najlepiej w sferze drobiazgów, aby znów  nie zatrzymywać się na wspaniałych przełomowych wydarzeniach z naszego życia, bo z kolei popadniemy w ekscytację i z wyciszenia nici. Nawet jeśli dzień był wyjątkowo beznadziejny, to gdy nastawimy się na "Tak", że tak np. miało być, na pewno znajdziemy coś pozytywnego. Można wypracować sobie jakieś własne metody lub parafrazując "Dzieci z Bullerbyn",  stwierdzać: "Fuj, jak słońce obrzydliwie świeci. Och, jakie piękne tumany kurzu na drodze!
     Z afirmacją wieczorną też trzeba ostrożnie. Dobrze jest przed snem powiedzieć sobie, jaka/jaki jestem wspaniały, jaki mam mądry organizm, udało mi się przełamać leniwy zastój i tyle rzeczy dziś zrobiłam i...-  i tu często dopada nas zbawienna dla samozachwytu myśl - no i nikt tego nawet nie zauważył! :) Myśl zbawienna, bo zauważyć miał ten, na którym powinno Ci najbardziej zależeć: TY sam.

    Już wkrótce, może nawet jutro, zapraszam na pyszną i zdrową  jesienną kawę. Stawia na nogi jak mało co, a jak smakuje! Musicie spróbować.

Źródła:
*Ewa Dobek; Rób co chcesz tylko gotuj, s. 80
**/źródło:biomedical.pl/
***http://akupresura.akcjasos.pl/content/view/120/46/