Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia wg 5 przemian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia wg 5 przemian. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 grudnia 2014

Wracamy do korzeni. Zupa mocy!

  Ostatnio czytałam, że naukowcy odkryli niezwykłe właściwości imbiru, dobrego nie tylko na przeziębienie, ale na serce, naczynia krwionośne- działa jak aspiryna i na wiele innych chorób taki imbir jest dobry. Coraz mądrzejsi ci naukowcy. A dziś przeczytałam o nowym odkryciu i też się uśmiechnęłam, bo w końcu medycyna zaczyna powracać do korzeni, uczeni odkryli też kurkumę, no lepiej późno niż wcale: 
"Naukowcy twierdzą, że kurkuma, czyli sproszkowany korzeń szafranu indyjskiego i główny składnik curry to przyszłość medycyny.Teraz okazuje się, że ta popularna przyprawa pomaga w leczeniu mózgu, uruchamiając jego zdolności do samonaprawy. "Tajemnica zbawiennego wpływu kurkumy na mózg leży w olejku eterycznym - związeku chemicznym o nazwie tumeron. Uczeni niemieccy z Instytutu Neurologii i Medycyny w Jülich doszli do takich wniosków, prowadząc eksperymenty na szczurach, wstrzyknęli laboratoryjnym gryzoniom roztwór zawierający tumeron i obserwowali, jak wpłynie to na mózgi gryzoni. Efekt przeszedł ich oczekiwania."* 
  Zatem używajmy, jak najwięcej przypraw, bo na pewno mają jeszcze wiele nieodkrytych dobroczynnych właściwości i większość z nich nie jest póki co genetycznie modyfikowana, przynajmniej mam taką nadzieję, szczególnie co do kurkumy, która jest uprawiana w tropikalnym klimacie, bo nasz rząd właśnie niedawno zatwierdził ustawę o GMO. 
Przyprawy tej używam  na co dzień i dosyć dużo, odkąd zaczęłam gotować wg kuchni 5 przemian, bo wówczas  niemal każdą zupę zaczynamy od dodania do gotującej się wody kurkumy, która należy  do przemiany Ognia. Kiedyś używałam jej sporadycznie, bo jest gorzkawa i za bardzo nie wiedziałam z czym to się je, więc służyła mi jako barwnik do potraw. Teraz dodaję ten żółciutki sproszkowany korzeń do twarogu, ciasta na naleśniki i do drożdżowego, do sosów, szczególnie jogurtowych, nie tylko ze względu na ładny kolor, ale aromat i smak, który zaczął mi odpowiadać, jak widać szybko się można przyzwyczaić. A teraz, dzięki odkryciom niemieckich uczonych  (dobrze, że nie amerykańskich, bo bym nie uwierzyła;)  dodaję kurkumę bardziej świadomie, uruchamiam sobie zdolności mózgu do samo-naprawy:)
  Ale te niedawno odkryte przez uczonych niemieckich właściwości kurkumy nie są novum dla ludzi zaznajomionych z tradycyjną medycyną chińską lub w ogóle medycyną naturalną. Nie trzeba wcale prowadzić eksperymentów na szczurach, wystarczy poznać TMC. Często jest tak, że gdy naukowcy chcą się czegoś dowiedzieć lub w czymś utwierdzić, to dokarmiają te biedne gryzonie i niekiedy nawet z korzyścią dla tych ostatnich. Medycyna naturalna, zwana też niekonwencjonalną, powstała z uważnej obserwacji natury, a przyroda nam podpowiada, co i jak, bo już samym wyglądem lub smakiem danej rośliny wskazuje na jej właściwości. I tak kurkuma, jak wszystkie zioła z przemiany Ognia pobudza trawienie tłuszczy, przeciwdziała wewnętrznej wilgoci wywołanej nadmiarem słodyczy i produktów mlecznych, zapobiega stagnacji i zastojom, a ten żółty korzeń dodatkowo aktywuje pęcherzyk żółciowy do wydzielania żółci. Natomiast nadmiar smaku gorzkiego powoduje chwilowe zwiększenie aktywności umysłowej, takie działanie obserwujemy po kawie i kakao i nie chodzi tylko o kofeinę, bo gdyby zamiast kawy zaparzyć kurkumę, efekt  pobudzenia byłby podobny, jak nie silniejszy. Nie wiem, bo nie próbowałam jeszcze, ale wiedza lekarzy tradycyjnej medycyny chińskiej jest dla mnie wiarygodna, gdyż oni już wieki temu odkryli regeneracyjne właściwości korzenia kurkumy dla komórek ludzkiego mózgu i nie tylko, bo wskazali też inne korzenie o podobnych właściwościach. Ach, gdyby tak współczesna nauka częściej i głębiej sięgała do korzeni, a szczególnie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

  Skoro już wiemy, że smak gorzki rozgrzewa, a nic tak nie rozgrzewa, jak rosół i to z kurkumą oraz innymi rozgrzewającymi przyprawami, to pora na taką zupę mocy. Jest prościutka w przygotowaniu, ale, by nabrała mocy, gotuje się ją długo. W Chinach tydzień nawet (jak nie dłużej) trzymają taką zupę na ogniu i ma ona wtedy spektakularne działanie. Pije się ją przy chorobach i rekonwalescencji. Mój rosołek nie jest dużej mocy, bo gotuję go tylko dzień, więcej mi się nie chce:), ale też nie potrzebuję go jako lekarstwa na przeziębienie, tylko na rozgrzanie w zimne dni. Poza tym robię wersję wegetariańską, ale jest pyszny, nawet dla mięsożerców, no nie kapnęli się, że to rosół bezmięsny! Jednak gdy chcemy mieć nie tylko smaczną zupkę, ale i leczniczą, to warto gotować ją trochę dłużej i na wołowinie z kością, jak zaleca się w TMC. 

ZUPA MOCY

Przed dodawaniem kolejnych składników należy zamieszać drewnianą łychą  i robić ok. dwuminutowe przerwy. Jeśli dodajemy wołowinę (Z), to po kurkumie.
I
O (ogień)  zagotować ok. 3 litry wody i dodać płaską łyżkę kurkumy (O)
Z (Ziemia/słodki) 3 korzenie marchewki, 3 pietruszki, 
M (Metal/ostre) - pół dużego korzenia selera lub jeden mały, pół pora pokrojonego w talarki,
M - kawałek kapusty
M -  cebula z powtykanymi jak szpilki goździkami (M), by się nie rozwarstwiła (bo akurat nie lubię, gdy pływają w zupie warstwy cebuli)
M -  imbir- ok. 2 cm świeżego korzenia, liść laurowy, ziele angielskie, łyżeczka nasion kolendry, kilka ziaren pieprzu. 
W - sól i bezglutenowe kostki rosołowe ( u mnie 3 szt.)
No i tak nam się niech gotuje jakąś godzinę lub dwie, a potem robimy drugi obieg.
II
D (drzewo) natka pietruszki,
O  kozieradka nasiona, majeranek- płaska łyżeczka
Z  oliwa z oliwek lub jakiś dobry olej nierafinowany- 3 łyżki
M curry-  1 łyżeczka gałka muszkatołowa- pół łyżeczki, szczypta chili, parę ziaren ziela angielskiego, liść laurowy, łyżeczka tymianku (suszony)
W sos sojowy- 1 łyżka, pół szklanki zimnej wody.
Po jakimś czasie robimy trzeci obieg i dodajemy:
III
D  znów natka pietruszki, estragon- łyżeczka
O  lubczyk - 2 łyżki, tymianek, rozmaryn- 1 łyżeczka, kurkuma- płaska łyżeczka,
Z  słodka papryka 1 łyżka
czarnuszka lub gorczyca-  1 łyżeczka 
W sos sojowy- 1 łyżka, trochę zimnej wody.

    Im więcej takich obiegów zrobimy i im dłużej gotujemy, tym większą moc ma zupa. W kolejnych obiegach powtarzamy niektóre przyprawy lub dajemy inne, niekoniecznie te, które są u mnie w przepisie, wedle gustu i już w symbolicznych ilościach, by zupa nie była za słona, dolewamy tylko nieco wody i gotujemy, gotujemy, gotujemy na malutkim ogniu.
  Niestety nie zamieszczę dziś zdjęcia swej zupki, bo jeszcze się gotuje:)


Źródła:
http://zdrowie.dziennik.pl/diety/artykuly/470862,kurkuma-czyli-curry-albo-szafran-indyjski-przyprawa-ktora-leczy-i-naprawia-mozg.html

wtorek, 9 grudnia 2014

Niezawodne ciasto drożdżowe

    Jest to jedyne ciasto, które zawsze mi się udaje i za którym tęsknimy, gdy się skończy, więc robię je już rutynowo. Jednak zanim drożdżówki zaczęły mi tak idealnie wychodzić, to z uporem maniaka ćwiczyłam przez pół roku lepsze lub gorsze zakalce, piekłam różne gnioty, mimo że ściśle trzymałam się zasad dotyczących ciast drożdżowych. Zupełnie nie wiem, dlaczego to drożdżowe wg tego właśnie przepisu wychodzi tak idealnie, a wg innych niekoniecznie. Być może ze względu na stosunkowo dużą ilość masła jest ono takie miękkie, puszyste i świetnie w obróbce, a ponadto długo zachowuje świeżość. a może to dzięki kurkumie lub jajku ubitemu osobno na kogel-mogel, nie wiem. Ale wiem, że jeśli jesteście fanami drożdżówek i zastosujecie się do podanych wskazówek i proporcji, to będziecie zachwyceni:)  
Dziś podam przepis na atrakcyjny świąteczny kołacz, ale jeśli ktoś nie jest wprawiony w obróbce cienkich placków drożdżowych, które lubią się odkształcać po rozwałkowaniu, to lepiej zrobić zawijany makowiec z dwóch grubszych placków lub po prostu bułeczki nadziewane tym, co lubicie. 

       
 O czym należy pamiętać przy drożdżowych ciastach:


  • zawsze przesiewamy mąkę, bo to napowietrza, lepiej ciasto rośnie, jest bardziej puszyste;
  • masło (lub inne tłuszcze) zawsze dodajemy na końcu, stopniowo, powoli wlewając do ciasta;
  • wszystkie produkty mają mieć temperaturę pokojową, więc uprzednio wyciągamy z lodówki, to co będzie nam potrzebne;
  • mleko lub woda na zaczyn ma być ciepła (ok.40 st.C), by nie zabić drożdży (jak nie parzy w palec, to jest ok;), to samo tyczy się rozpuszczonego masła.
  • Ciasto, wiadomo, wyrasta w ciepłej temperaturze (jednak nie wyższej niż 40), w spokoju i bez dostępu światła. Jeśli przykrywacie misę z ciastem do wyrośnięcia przezroczystą folią, to należy dodatkowo położyć na to ściereczkę i tak opatulone stawiamy w ciepłym miejscu. Zimą przy kaloryferze, piecu, kominku lub pod pierzyną, ale w piekarniku nie polecam, bo łatwo przegrzać i słabo wyrośnie lub wcale.
  • Im dłużej ciasto wyrabiamy, tym lepiej.
  • Czas wyrastania- ogólna zasada jest taka, że ciasto ma co najmniej podwoić swą objętość. Miska powinna więc być duża:) Przy temeraturze 23-35 st. C trwa to ok. godziny, w niższych tem. trochę dłużej. Jednak nie znaczy to, że możemy dowolnie długo zostawić ciasto bez wtrącania się. Jeśli po godzinie słabo wyrosło, to należy je chwilę pozagniatać i odstawić jeszcze na jakiś czas, ale nie dłużej niż godzinę, bo za bardzo przejdzie drożdżami i może mieć nienajlepszy posmak. 
  • Po wyrośnięciu ciasto odpowietrzamy poprzez zagniatanie lub rzucanie nim o blat:)
  • Jeśli za bardzo klei się do rąk to wyrabiamy je dłużej. Jeśli po wyrośnięciu nadal klei się do rąk, to ugniatamy jeszcze parę minut, a jak to nie pomoże, to nalewamy na dłonie odrobinę oliwy z oliwek i zagniatamy. Lecz nigdy nie dodajemy mąki po wyrobieniu ciasta i po wyrośnięciu tym bardziej, bo wyjdzie twarde i zbite. Nie polecam też podsypywać blatu mąką podczas wałkowania! Bo z reguły chcemy, by miało miekką skórkę. 
Mając na uwadze powyższe wskazówki 
możemy się brać do dzieła

 mąka pszenna -  500 g, najlepiej zmieszać zwykłą białą pól na pół                            z pełnoziarnistą, by było zdrowsze i mniej tuczące.

 kurkuma- pół łyżeczki 

 cukier waniliowy- łyżeczka
 jajko
 cukier brązowy- 0,5 szklanki  
 mleko- 1 szklanka 
 masło- 50 g
 cynamon-szczypta
 sólpłaska łyżeczka 
 drożdże30 g


Nadzienie: u mnie konfitura z płatków róży, biały ser ok. 70 g i słodziło do sera wedle gustu, dałam 3 łyżki syropu z agawy. Można przygotować bardziej profesjonalną masę serową, czyli ser zmielić z żótkiem i cukrem, następnie dodać bakalie albo któryś z placków przełożyć masą makową.


Z podanych składników otrzymamy dwa kołacze. Ja zrobiłam jeden, a resztę ciasta zostawiłam na bułeczki.


SPOSÓB WYKONANIA

1. Wyjmujemy z lodówki drożdże, jajko.
2. Przesiewamy mąkę.
3. Podgrzewamy w garnuszku szklankę mleka (u mnie kokosowe).
4. Robimy zaczyn: pół szklanki ciepłego mleka, łyżeczka cukru, łyżeczka mąki i drożdże mieszamy ze sobą aż do rozpuszczenia tych ostatnich. Odstawiamy pod przykryciem w ciepłe miejsce na ok. 10 min.          W tym czasie:

5. łączymy ze sobą suche składniki  w następującej kolejności:
D: mąka pszenna 500 g
O: kurkuma- pół łyżeczki ;
Z: cukier waniliowy- łyżeczka
M: cynamon-szczypta
W: płaska łyżeczka soli


6. Z jajka i cukru robimy kogielmogiel.

7. Masło rozpuszczamy.

8. Do naczynia miksującego lub do miski, jeśli ręcznie wszytko robimy, wsypać połączone suche składniki i parę razy zamieszać.

9. Dodać rozczyn- zamieszać delikatnie.

10. Dodać jajko ubite z cukrem.

11. Wyrabiać ciasto dodając stopniowo (tak po łyżeczce) rozpuszczone masłoJeśli wyrabiamy ciasto za pomocą robota kuchennego (co trwa ok. 3 min.), to po przełożeniu go do miski ugniatamy jeszcze chwilkę. 
12. Odstawiamy do wyrośnięcia i w tym czasie przygotowujemy nadzienie z sera.


13. Gdy ciasto podwoi swą objętość, wyrabiamy je ponownie jakieś 2 minuty. Można się nad nim pastwić na różne wymyślne sposoby, np. rwać, ugniatać, rzucać o stół, ono to lubi!

   14. Następnie formujemy z ciasta kulę i dzielimy ją na dwie nierówne części, tak, by ta nieco mniejsza została na bułeczki (można ją schować do lodówki i na drugi dzień sobie o niej przypomnieć). Tortownicę o średnicy ok. 30 cm wykładamy papierem do pieczenia lub silikonem.

15. Większą kulę dzielimy na 3 porcje i rozwałkowujemy trzy placki wielkości tortownicy. Gdy uformujemy pierwszy placek, wkładamy go do tortownicy, czasem trzeba ponaciągać lub dolepić jakieś fragmenty po włożeniu, bo ciasto jest bardzo sprężyste. Smarujemy konfiturą, jak nie macie różanej, to bardzo dobrze sprawdza się borówkowa. Następnie rozwałkowujemy drugi placek, nie musi być idealnie okrągły, bo to trudne przy tym cieście, przykrywamy nim poprzedni placek i pokrywamy cienką warstwą masy serowej (ok. pół cm sera, by za bardzo nie wychodził podczas skręcania), potem przykrywamy go trzecim plackiem. Nadzienia serowego nam pozostanie na bułki lub drugie ciasto.
Teraz chwila zmagań manualnych. 

 16.   Dzielimy nożem ten trzywarstwowy placek na 4 równe części, ale nie robimy krzyża przez całość. Środek ma pozostać nienacięty, jakieś 3 cm środka zostawiamy. Wkrótce zamieszczę dokładniejsze fotki. Następnie każdą z tych czterech części tniemy znów na pół i te powstałe 8 trójkątów też przepoławiamy. Mamy więc 16 kawałków. 

Łapiemy sąsiadujące ze sobą paski i delikatnie skręcamy w przeciwne sobie strony (wystarczą dwa skręcenia, by nie ryzykować oderwania ciasta), a potem końce zlepiamy ze sobą. Tak postępujemy z kolejnymi parami. 
 Na koniec posypujemy ciasto sezamem, smarujemy rozmąconym białkiem i zostawiamy do wyrośnięcia na czas nagrzania piekarnika, który włączamy właśnie w tym momencie, ustawiamy na 200 st.C. Pieczemy bez termoobiegu! 


W mym piekarniku ok. 25 minut się piekło. Trzeba sprawdzać. Ja mam w zwyczaju 5 min. przed końcem pieczenia wsadzać łapy do piekarnika, oczywiście odziane w rękawice i wypinam obejmę tortownicy. Cała operacja trwa nie więcej niż 3 sekundy, ale może być ryzykowna. Jeśli ktoś nie ma wprawy, np. w chodzeniu po rozżarzonych węglach:,) to lepiej mocniej przypiec ciasto niż własną skórę podczas demontażu obejmy w takiej temperaturze. A chodzi mi o to, by wilgoć z sera szybciej odparowała i boki się przyrumieniły, a w obejmie trwa to o wiele dłużej, przez co góra mi się nieraz trochę przypala, a dół nie zdąży, co nie znaczy, że jest niedopieczony. Ale ja lubię mocno przypieczone i z każdej strony, a są to pozostałości z mego poprzedniego życia jako czarownicy oraz atawizm z wczesnego dzieciństwa, kiedy to igrałam czasem z ogniem:)



czwartek, 4 grudnia 2014

Zupa z soczewicy z "Zupy z granatów" Marshy Mehran



Niestety, zanim sobie przypomniałam,
by fotkę zrobić, sporo ubyło:)
  Niedługo wyjdzie na to, że będę zamieszczać tylko przepisy z beletrystyki światowej, a jest tego trochę. Nie jestem mistrzynią kuchni, podczas gotowania często zaglądam do różnych ściąg, nawet jeśli niepierwszy raz robię daną potrawę, bo inaczej często zdarza mi się coś przekombinować i zapominać o  proporcjach. A ostatnio to coraz częściej zaglądam do przepisów na swym blogu i mam wrażenie, że tylko ja z nich korzystam:)  Może to dobrze, może to znaczy, że nie popadam w rutynę. Tak sobie można ładnie wytłumaczyć kłopoty z pamięcią.Więc gdybym sobie tego przepisu tu nie zapisała, to znów wertowałabym książkę Marshy Mehran i pewnikiem zaczytałabym się w perypetiach trzech bohaterek Zupy z granatów i z obiadu nici, zupa byłaby może na kolację:)
    Zupa soczewicowa ma pyszny orientalny smak. Przepis należało trochę przystosować, bo w książce ilość produktów podana jest na potrzeby restauracji, no i w Cafe Babilon przygotowuje się ją na jagnięcinie, a ja nie używam w swej kuchni mięsa. Uważam, że proporcje na zupę dla 3/4 osobowej rodziny udało mi się dobrze uchwycić, a dla zachowania pełnego obiegu kuchni 5 przemian dodałam natkę pietruszki i majeranek. Zupa wyszła pyszna i już spieszę ocalić tan przepis od zapomnienia. Ale zanim podam składniki i sposób wykonania, oddam głos narratorowi książki, bo  naprawdę watro poznać te wskazówki i magię składników. 
   " Zupa z czerwonej soczewicy, mimo uwodzicielskiego aromatu, jest tak prosta w przyrządzaniu,jak to sugeruje jej nazwa. Mardżan zawsze gotowała soczewicę, zanim wzięła się do smażenia posiekanej cebuli i czosnku z przyprawami na dobrej, wonnej oliwie z oliwek. A gdy wreszcie bulion połączony został z soczewicą i cebulą, smakowita zupa jeszcze przez pół godziny dochodziła pod przykryciem na wolnym ogniu, aby przyprawy oddały smak chłonnym cebulowym piórkom".*
" Książka kucharska, którą Mardżan miała zakodowaną w głowie, szczególnie podkreślała właściwy dobór przypraw do zupy. Kumin nadawał mieszaninie aromat popołudniowych igraszek miłosnych, lecz najpotężniejszy tantryczny wpływ na niewinnego konsumenta zupy miała inna przyprawa: siah dane - akt miłosny w pełni - czyli ziarno czarnuszki. To skromne małe ziarenko, wyłuskane ze (...) pobudza pikantną energię, uśpioną w ludzkiej śledzionie.
" Wszechobecna na Bliskim Wschodzie, w krainie przeszłości sióstr Aminpur, przyprawa ta jest rzadko spotykana w kulinarnych przepisach Zachodu, gdzie nie docenia się jej zdolności do uśmierzania zgagi i zmęczenia. Współczesność najwyraźniej przedkłada pigułki nad porady starożytnych jasnowidzów".**

Składniki na ok. 6 porcji
czerwonej soczewica - 1 szklanka
cebula - 3 sztuki posiekane w kosteczkę
czosnek - 3 ząbki przeciśnięte przez praskę
kurkuma - 1 płaska łyżeczka
kmin rzymski (cumin) - 2 łyżeczki
czarnuszka - 2 łyżeczki
bulion - 3 szklanki
woda - 1 szklanka
pieprz, kolendra, sól wedle smaku
oliwa 
nataka pietruszki ok. łyżki, majeranek- łyżeczka

Wykonanie jest wg 5 przemian, a powyższe składniki nie są podane w kolejności odpowiadającej przemianom smaków/energii, gdyż początkowo niektóre gotuje się osobno.

     Soczewicę zalać wodą. Zagotować i dusić bez przykrycia przez 9 minut. Odcedzić i odstawić.
   Na patelni podgrzać oliwę, dodać kurkumę (Ogień), posiekaną cebulę, czosnek- zamieszać, zeszklić (po podsmażeniu mamy przemianę Ziemi), dodać kmin rzymski i smażyć jeszcze chwilę, stale mieszając, by nie przypalić.
   Następnie dodać soczewicę (Z), czarnuszkę (Metal), pieprz i kolendrę (M) bulion i wodę (Woda), lekko osolić (W), doprowadzić do wrzenia.
   Zmniejszyć ogień i gotować pod przykryciem 40 minut. Zostawić zupę na jakąś godzinę, żeby smaki dobrze się wymieszały. Ja na zakończenie, dla pełnego obiegu przemian dodaję natkę pietruszki (Drzewo), potem łyżeczkę majeranku (O), bo na koniec, już po ugotowaniu znów dodajemy cebulę, ale smażoną, więc-Z :
    Pozostałą cebulę przesmażyć na małej ilości oliwy, tak, aby była chrupka.Posypać cebulą każdą porcję zupy.


Przypisy:

*Marshy Mehran: Zupa z granatów, wyd. W.A.B., s.41
**jak wyżej, s. 42

wtorek, 18 listopada 2014

Aromatyczna i energetyczna zupa hokkaido

 
          Jest to jedna ze zdrowszych i najszybszych zup, jakie znam. Sezon na te dynie nadal trwa, więc kto jeszcze nie miał okazji spróbować, choćby pieczonej w ziołach i czosnku, to gorąco polecam. O zaletach tej dyni hokkaido rozwodziłam się TU, ale obiecanego  poematu nie zdążyłam napisać,więc tylko dorzucę trochę prozy:
żywo pomarańczowy kolor dyni świadczy o bogactwie prowitaminy A -beta karotenu. Ponadto dynia zawiera witaminy z grupy B, wit. C, PP oraz witaminę E, zwaną "witaminą młodości". Bogata jest w potas, wapń, fosfor i żelazo- działa więc krwiotwórczo. Dynia hokkaido wzmacnia odporność na infekcję układu oddechowego. Z punktu widzenia Tradycyjnej Medycyny Chińskiej hokkaido jest ciepła termicznie; wzmacnia Qi (energię) Śledziony, Trzustki oraz Żołądka. Jest krwiotwórcza, idealna przy palpitacjach i problemach ze snem. Idealna dla dzieci, leczy biegunkę spowodowaną zimnem i niedoborem Qi Środkowego Ogrzewacza (Śledziony oraz Żołądka). Dzięki swej pięknej barwie i energii daje poczucie harmonii, spokoju, wzmacnia nasze bycie bycie "tu i teraz":).*

   ZUPA HOKKAIDO
Można zrobić wersję light, szczególnie polecam dla małych dzieci lub na ostro z czosnkiem i  chili. Ja ostatnio zachwycam się "orzechowym" smakiem tej łagodnej zupki.


Przepis 
      Wg 5. przemian, by było jeszcze bardziej energetycznie. O pięciu przemianach, nie tylko w mej kuchni, można dowiedzieć się TU . Średniej wielkości dynię hokkaido umyć, przekroić na dwie nierówne  części :), bo niełatwo ją przepołowić) i wypatroszyć:) czyli  łyżką wygrzebać miąższ. Hokkaido nie obieramy ze skóry!

O: zagotować ok 1,5 l wody i dodać łyżeczkę kurkumy
Z: dodać pokrojoną  na duże kawałki dynię, takie, by łatwo mieściły się później w kielichu blendera.
Doprowadzić do wrzenia i dodać:
Z: słodka sproszkowana papryka- łyżka, cynamon- pół łyżeczki, oliwa z oliwek- 2 łyżki;
M:  liść laurowy, pół łyżeczki nasion kolendry lub kuminu lub garam masali, oregano- łyżeczka, Opcjonalnie pieprz i ostra papryka -szczypta.
W wersji ostrej w tym miejscu dodajemy papryczkę chili i więcej garam masali lub kuminu
W: Teraz możemy dolać wody,jeśli dynia za bardzo wystaje ponad powierzchnię, a najlepszy byłby wywar z rosołu.
W: Kostka rosołowa- taka bez glutaminianu i tym podobnych (występuje np. w Rossmanie) lub jakiś rosołowy wywar; sos sojowy jasny;
D: natka pietruszki lub estragon- płaska łyżeczka lub ocet jabłkowy/cytryna - łyżeczka.
     Gotujemy do miękkości dyni, ok. 15 min. Następnie wszystko miksujemy. Na talerzu zupkę posypujemy pestkami dyni, natką pietruszki, czarnym sezamem lub czarnuszką. Można podać z grzankami, najlepiej czosnkowymi.
W wersji ostrej przed zmiksowaniem zupy dodajemy zeszklone na patelni: cebulę i kilka ząbków czosnku.

*Źródło:
http://dziecisawazne.pl/dynia-hokkaido/

niedziela, 9 listopada 2014

Chabrowe ciasteczka i herbatka z bławatka


    Może akurat te odświętne ciasteczka staną się dla Was inspiracją? Są pyszne, maślane, z różnymi ziarnami i orzechami, a niektóre z suszonymi płatkami chabra bławatka, przez to prezentują się bardzo elegancko.  Ostatnio chodziły za mną ciastka lawendowe, ale że nie miałam lawendy, wykorzystałam te piękne niebieskie bławatkowe płatki, może nie są one tak aromatyczne, pachną delikatnie, trochę jak owoc czarnego bzu, a po upieczeniu wcale nie pachną:), ale za to ciastka wygadają niezwykle efektownie z takim niebieskim przystrojeniem. A do tego polecam herbatkę z  chabra bławatka.*

       Jednak nie mamy teraz sezonu na kwiaty i można zadowolić się innymi dodatkami. Ja zakupiłam chabra bławatka (mam nadzieję, że pierwszy i ostatni raz) w aptece zielarskiej po niemałej cenie: 15 zł za ok. 30 g, a tyle tego latem rośnie, nawet w mych przydomowych rowach, o okolicznych łąkach nie wspominając. Latem tak byłam zajęta innymi zbiorami, że nie wzięłam pod uwagę tego cudnego kwiatka, bo herbatka z niego jest  smaczna i zdrowa. Dodatkowo uwagę na to ziółko zwrócił mój kot. Gdy tylko przesypałam zawartość do słoiczka i chciałam sięgnąć po pustą już torebkę, by sprawdzić, jaką wagę miała zawartość, to nie zdążyłam. Opakowanie zostało dokumentnie oślinione, porwane, zrzucone na podłogę, gdzie Franek, lubieżnie mrucząc, zaczął się po nim tarzać i zachłannie oblizywać je z każdej strony. Może stało to w aptece koło kocimiętki? A może zna się na rzeczy? Koty to nieprzewidywalne stworzenia. Jednak pora przegonić sierściucha i wrócić do ciasteczek.

To dopiero spokojne studiowanie ziółek.
Prawdziwe Frankowe szaleństwo uwieczniłam na filmiku,
tylko zastanawiam się, do jakiej tematycznej kategorii go przypiąć.
     Żeby się nie urobić, miałam w lodówce przygotowane dzień wcześniej ciasto i pewnie dlatego też wyszło ono takie dobre: mięciutkie, łatwe w obróbce podczas formowania ciasteczek i wzorcowo kruche. Wiadomo, kruche ciasto musi swoje odstać w chłodzie, minimum 1 godzinę, a najlepiej dłużej. Miałam jedną metalową foremkę do wykrawania, w kształcie niby gwiazdki lub kwiatka, dzięki temu nie miałam problemów decyzyjnych i produkcja szła mi szybciej. Jeśli nie macie żadnej foremki, to kółeczka wykrawane szklanką też są ładne i smaczne.

Kruche ciasteczka z dodatkami 
wg 5 przemian
Litery symbolizują: D- przemiana drzewa, smak kwaśny, O - p. ognia, smak gorzki, Z- p. ziemi, smak słodki, M- p. metalu, smak ostry, W- p. wody, smak słony. Więcej na temat kuchni 5 przemian TUTAJ

D: mąka pszenna pełnoziarnista - 360 g ( ok.3 szklanki), ja dałam połowę pełnoziarnistej,
O: kurkuma - 1/4 łyżeczki,
Z: żółtka - 2 szt.,
Z:  cukier puder trzcinowy - 130 g ( najlepiej zmielić cukier trzcinowy z laską wanilii ),
Z:  masło - 250 g,

Z: wiórki kokosowe - pół szklanki,
M: imbir lub kardamon - szczypta,
W: sól - szczypta, proszek do pieczenia- 1/4 łyżeczki (ten ostatni można pominąć, jeśli potraficie sprawnie połączyć składniki bez długiego zagniatania),
D:  jogurt naturalny- 2 łyżki (można więcej jeżeli jogurt jest gęsty, a ciasto niezbyt miękkie).



Do dekoracji:   sezam biały, czarny, siemię lniane, orzechy, migdały, pestki dyni itp.
Robimy ciasto
Jajka, masło, jogurt powinny być schłodzone, więc dodajemy je prosto z lodówki.
Wszystkie podane składniki (oprócz dodatków do dekoracji) dodać w podanej wyżej kolejności, krótko zmiksować, a potem uformować kulę lub ręcznie zagnieść, początkowo szatkując je za pomocą szerokiego noża, aż do jak najdrobniejszych kawałków masła, na koniec, ale krótko, wspomagamy się rękami, formujemy kulę, zawijamy ją w folię spożywczą i wkładamy na minimum 60 minut do lodówki. Tak zrobione kruche ciasto musi się udać i można darować sobie proszek do pieczenia.

     Gdy mamy gotowe ciasto, odrywamy z naszej kuli po kawałku, rozwałkowujemy małe placuszki o grubości ok. 6-8 milimetrów i wykrawamy ciasteczka. następnie z jednej strony je dekorujemy. Kładziemy na wysypane uprzednio ziarna lub suszone płatki jadalnych kwiatów, lekko przyciskając, na środek można wcisnąć jakiegoś orzecha. Jak skończymy dekorowanie, włączamy piekarnik na 180 st. C. Surowe ciasto kruche, w przeciwieństwie do drożdżowego, nie może dlugo leżeć w temperaturze pokojowej, więc czas nagrzewania piekarnika powinien być czasem na ostatnią czynność: smarujemy ciasteczka białkiem i szybko wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 10 -15 min.


CHABER BŁAWATEK
Herbatkę przyrządzamy z jednej czubatej łyżeczki suszu. 
Zalewamy wrzątkiem i parzymy pod przykryciem 10 min.

*Chaber bławatek roślina lecznicza (cyt. z Wikipedii)
Zawiera antocyjanidyny,flawonoidy, sole mineralne (w tymdużo manganu), cychorynę, centaurynę
  • Działanie: moczopędne, żółciopędne i przeciwzapalne. Ze względu na bardzo łagodne działanie przeciwzapalne stosowany przy zapaleniu spojówek i w pediatriiNapar z kwiatów zalecany jest przy chorobach nerek, stanach zapalnych kłębków i miedniczek nerkowych, przy niewydolności krążenia i w kamicy nerkowej. Zewnętrznie stosuje się go przy trudno gojących się ranach i owrzodzeniach[7].
  • Zbiór i suszenie: kwiat zbierać w słoneczny dzień, rano, po obeschnięciu rosy. Zbiera się płatki, wyrywając je z koszyczka. Zebrane kwiaty należy suszyć bardzo szybko w zacienionym i silnym przewiewie, aby nie zblakły, gdyż wówczas tracą własności lecznicze. Susz szczelnie zamknąć i przechowywać w ciemności.

piątek, 7 listopada 2014

Prosta i oryginalna przystawka do pieczywa wraz z cebulą w literaturze pięknej

     Skoro upiekłam swój pierwszy chleb na zakwasie, to z rozpędu, w oczekiwaniu aż przestygnie, sporządziłam swój specjał, świetnie smakuje nie tylko na chlebie, może być przystawką do różnych dań oraz lektur, bo przepis okrasiłam fragmentami wielkich dzieł literatury pięknej z cebulą w tle.  Życzę więc płaczu oczyszczającego i wszystkiego smacznego !     
smażona cebulka z suszonymi śliwkami  i chili
     Zestawienie suszonej śliwki ze smażoną cebulą i  przyprawami jest naprawdę udane. Śliwka wygląda w takim połączeniu, jak grzyby, więc moja rodzina się na początku nabrała.  Spałaszowali wszystko w zachwycie i było im mało, więc spieszę z przepisem.
    A smakuje to orientalnie: słodki smak śliwki równoważą ostre przyprawy i sól. Nie miałam świeżej papryczki chili, więc dałam suszoną  cayenne, ale podejrzewam, że ze świeżą byłoby jeszcze lepsze. 


Przepis wg 5 przemian. Proporcje składników można dostosować do  własnych upodobań, ale  kolejność ich dodawania jest niezmienna, musi być taka, jak w przepisie.

Litery symbolizują: D- przemiana drzewa, smak kwaśny, O - p. ognia, smak gorzki, Z- p. ziemi, smak słodki, M- p. metalu, smak ostry, W- p. wody, smak słony.


Z   Rozgrzewamy olej na patelni.      
M  Wrzucamy 3 cebule pokrojone w kostkę lub cienkie paseczki.

Jak cebula się lekko zeszkli, dodajemy chili, ja dałam ćwierć łyżeczki;

W solimy, a następnie dodajemy:
D  estragon - szczyptę;
O  suszone śliwki - pół szklanki lub więcej (myślę, że najlepiej, by stosunek śliwek do cebuli był 1:3)
O  tymianek - szczypta.
          Smażymy jeszcze chwilkę, tak by zbytnio nie przypalić cebuli. Na koniec warto posypać uprażonym wcześniej sezamem, najlepiej czarnym. Dobrze jest mieć zawsze jakiś zapas prażonego sezamu, ja mam zawsze w podorędziu jako posypkę do różnych dań: słonych i słodkich, niezastąpiony jest także w panierce do kotletów i grzybów itp. bo po usmażeniu jest smaczniejszy. Sezam to niezwykle bogate źródło cennych dla zdrowia substancji. Już w starożytnym Babilonie nazywano go przyprawą bogów.
       Krojąc cebulę, wspominam często wielkie dzieła literatury światowej, w których to warzywo odgrywa niebagatelna rolę i od  razu lepiej mi idzie. Jestem pod wielkim wrażeniem książki: "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel. Jest to lektura nie tylko dla pasjonatów egzotycznej kuchni, ale dla smakoszy realizmu magicznego. Tak w wielkim skrócie powiedziałbym, że  każdy przepis kulinarny jest tam receptą na życie bądź jest skutkiem perypetii życiowych głównej bohaterki, która jest artystką w kuchni. Jej wyczyny kulinarne są powodem radości i lekiem na całe zło, które ją spotyka. Nie chodzi tu bynajmniej o jedzenie, ale o tworzenie. Bo to pierwsze czasem bywa katastrofalne w skutkach. Spożycie tortu weselnego, przyrządzanego przez nią w wielkim żalu, a to z powodu ślubu jej ukochanego z jej siostrą, wywołuje u gości sensacje i to nie tyle żołądkowe, co emocjonalne, wszyscy zaczynają tonąć we łzach, a ten zbiorowy lament kończy się zbiorowym wymiotowaniem. Co prawda  cebula akurat nie ma z tym tortem nic wspólnego, ale to warzywo odgrywa główną rolę przy narodzinach bohaterki tej cudownej książki i towarzyszy jej przez całe życie jako wyzwalacz olbrzymich ilości łez.
    Cebula jako wyzwalacz łez, jako  oryginalny katalizator w relacjach międzyludzkich, mający za zadanie, by tak rzec: upłynnić emocje, występuje w "Blaszanym bębenku" Guntera Grassa. Wyobraźcie sobie taką knajpę, gdzie serwuje się jedynie cebule i to surowe, podane na deseczce do krojenia, bo klient ma za zadanie sam sobie je pokroić. Och, jak przydałby się czasem taki terapeutyczny lokal. Zanim napiszę monografię na temat cebuli w literaturze pięknej, przytoczę choć fragment o tej niezwykłej knajpie.

"Ledwie „Piwnica Pod Cebulą” zapełniała się gośćmi - choćby do połowy - Schmuh, właściciel, wkładał szal. Ów szal, z kobaltowo - niebieskiego jedwabiu, był zadrukowany, specjalnie zadrukowany, a wspominam o nim dlatego, że wkładanie szala miało znaczenie. Drukowany wzór przedstawiał złotożółte cebule. Dopiero gdy Schmuh wkładał szal, można było uznać lokal „Pod Cebulą” za otwarty. Goście: przedsiębiorcy, lekarze, adwokaci, artyści, między inny­mi aktorzy, dziennikarze, ludzie z filmu, znani sportowcy, także wyżsi urzędnicy magistratu i rządu krajowego, krótko mówiąc: wszyscy, którzy nazywają się dziś intelektualistami, siedzieli z żonami, przy­jaciółkami, sekretarkami, dziewczynkami, również z przyjaciółkami rodzaju męskiego na zgrzebnych poduszkach i póki Schmuh nie wło­żył szala w złotożółte cebule, rozmawiali półgłosem, raczej mozol­nie, niemal posępnie. Próbowano nawiązać dialog, bez powodzenia jednak, mimo najlepszych chęci mijano się z właściwymi problema­mi, chciano ulżyć sobie, pozbyć się ciężaru, wyłożyć bez ogródek, co leży na sercu, prosto z mostu, nie oglądając się na nic, pokazać całą prawdę, nagiego człowieka - ale na próżno. Tu i ówdzie ryso­wały się kontury złamanej kariery, rozbitego małżeństwa. Ten pan o potężnej mądrej głowie i miękkich, niemal pełnych gracji dłoniach ma, zdaje się, kłopoty z synem, któremu nie odpowiada przeszłość ojca. Obie panie w nurkach, nawet w karbidowym świetle wyglądają korzystnie, straciły podobno wiarę; otwartą sprawą pozostaje tylko: w co. Nic jeszcze nie wiemy o przeszłości pana o potężnej głowie, nie mówi się też, jakich to kłopotów syn, z powodu przeszłości, przy­sparza ojcu; jest tak - proszę wybaczyć Oskarowi porównanie - jak przed złożeniem jajka: wyciska się i wyciska...
W „Piwnicy Pod Cebulą” tak długo bez powodzenia wyciskano, aż pojawiał się na krótko knajpiarz Schmuh w specjalnym szalu, przyj­mował z podziękowaniem ogólne radosne „O!”, potem znikał na kil­ka minut za zasłoną w głębi lokalu, gdzie mieściły się toalety i maga­zyn, i znów wracał.
Czemu jednak, gdy knajpiarz ponownie ukazuje się gościom, wita go jeszcze radośniejsze, ulgą podszyte „O!”? Oto właściciel dobrze prosperującego nocnego lokalu znika za zasłoną, bierze coś z maga­zynu, wykłóca się półgłosem z klozetową babką, która siedzi tam i czyta jakieś ilustrowane pismo, i wychodzi zza zasłony, a wszyscy witają go jak zbawcę, jak wspaniałego cudotwórcę.
Schmuh wkraczał między gości z koszyczkiem pod pachą. Ów koszyczek przykryty był serwetką w niebiesko - żółtą kratę. Na ser­wecie leżały drewniane deszczułki o świńskich i rybich profilach. Te wyszorowane czyściutko deszczułki knajpiarz Schmuh rozdawał gościom. Udawały mu się przy tym ukłony i komplementy, które świadczyły, że młodość spędził w Budapeszcie i Wiedniu; uśmiech Schmuha przypominał uśmiech na owej kopii, którą namalowano podług kopii rzekomo autentycznej Mony Lisy.
Goście natomiast przyjmowali deszczułki z poważną miną. Nie­którzy zamieniali się. Jedni lubili profil świni, inni, albo - jeśli cho­dziło o panie - inne od pospolitej świni domowej wolały bardziej tajemniczą rybę. Obwąchiwali deszczułki, przesuwali to tu, to tam, a knajpiarz Schmuh, obsłużywszy również gości na galerii, czekał, aż każda deszczułka zastygnie w bezruchu.
Potem - a czekały na to wszystkie serca — potem, niby kuglarz, zdejmował serwetkę: koszyk przykryty był jeszcze drugą, na której leżały, nierozpoznawalne na pierwszy rzut oka, kuchenne noże.
I znów, jak przedtem z deszczułkami, Schmuh ruszał w obchód z nożami. Tym razem jednak uwijał się szybciej, wzmagał owo na­pięcie, które pozwalało mu podnosić ceny, nie sypał już komplemen­tami, nie dopuszczał do zamiany kuchennych noży, jego ruchy na­bierały pewnego, dobrze odmierzonego przyspieszenia. - Do biegu, gotowi, hop! - wołał, zrywał serwetkę z koszyka, sięgał do środka, rozdzielał, rozdawał, rozrzucał między lud, był dobrotliwym dawcą, zaopatrywał swoich gości, dawał im cebule, takie same, jakie wi­działo się, złotożółte i lekko stylizowane, na jego szalu, cebule po­spolitego gatunku, zwyczajne bulwy, nie jakieś tam szlachetne od­miany, cebule, jakie kupuje pani domu, cebule, jakie sprzedaje straganiarka, cebule, jakie sadzi i zbiera chłop, chłopka czy służąca, cebule, jakie widzi się mniej lub bardziej wiernie odmalowane na martwych naturach holenderskich miniaturzystów, takie i podobne cebule rozdzielał knajpiarz Schmuh między swoich gości, aż wszy­scy mieli cebule, aż słyszało się tylko buzowanie ognia w żelaznych piecykach i śpiew karbidowych lamp. Tak cicho robiło się po wiel­kim rozdawaniu cebuli - a Ferdynand Schmuh wołał: „Bardzo pro­szę, moi państwo!”, zarzucał koniec szala na lewe ramię, jak to robią narciarze przed zjazdem, i w ten sposób dawał sygnał.
      Obierano cebule. Mówią, że cebula ma siedem łupin. Panie i panowie obierali cebule kuchennymi nożami. Zdzierali pierwszą, trze­cią, jasną, złotożółta, rdzawą, a raczej cebulastą łupinę, obierali, aż cebula robiła się szklista, zielona, biaława, wilgotna, lepka, wodni­sta, zaczynała pachnąć, pachnąć cebulą, a potem krajali je, jak się kraje cebule, krajali zręcznie lub niezręcznie na deszczułkach, które miały świńskie i rybie profile, krajali w tę lub tamtą stronę, a sok tryskał albo rozpływał się w powietrzu - starsi panowie, którzy nie umieli obchodzić się z kuchennymi nożami, musieli uważać, żeby nie zaciąć się w palec; niektórzy jednak zacinali się i nie zwracali na to uwagi - za to panie radziły sobie dużo lepiej, nie wszystkie, ale te, które prowadziły dom, wiedziały przecież, jak się kraje cebulę, na przykład do przysmażanych ziemniaków albo do wątróbki z jabł­kiem i cebulą; lecz u Schmuha nie było ani jednego, ani drugiego, w ogóle nie było nic do jedzenia, a jeśli ktoś chciał zjeść, to musiał iść gdzie indziej, „Pod Rybkę”, nie „Pod Cebulę”, bo tam tylko kra­jało się cebulę. Czemu to przypisać? Temu, że lokal tak się nazywał, a przede wszystkim temu, że cebula, krajana cebula, kiedy przyjrzeć się dokładnie... nie, goście Schmuha nic już nie widzieli, a przynaj­mniej kilku nic już nie widziało, łzy cisnęły się im do oczu, nie dlate­go jednak, że serca mieli przepełnione; wcale bowiem nie jest powiedziane, że przy przepełnionym sercu łzy od razu muszą cisnąć się do oczu, niektórym nigdy się to nie zdarza, zwłaszcza w ostatnim albo minionym dziesięcioleciu, toteż nasz wiek zostanie kiedyś na­zwany wiekiem bez łez, choć tyle wszędzie cierpień - i właśnie z powodu tej niezdolności do płaczu ludzie, którzy mogli sobie na to pozwolić, szli do „Piwnicy Pod Cebulą”, brali od knajpiarza deszczułkę - w kształcie świni lub ryby - i kuchenny nóż za osiemdziesiąt fenigów oraz pospolitą polno - ogrodowo - kuchenną cebulę za dwanaście marek, krajali ją coraz drobniej, póki sok nie wywołał, czego nie wywołał? Póki nie wywołał tego, czego nie wywołał świat i jego cierpienia: okrągłych ludzkich łez. Tam się płakało. Tam na­reszcie znów się płakało. Porządnie, niepohamowanie, swobodnie. Tam ciekły i płynęły strumienie. Tam lał deszcz. Tam opadała rosa." G. Grass: Trylogia Gdańska: Blaszany bębenek, wyd. Oskar s. 447

czwartek, 23 października 2014



Kawa z pietruszką na sympozjum wiedźm niskopiennych

     Nie lubię kawy z cytryną, nawet 2 krople zakłócają mi jej smak. A większość zdrowych przepisów, czyli z kuchni 5 przemian, właśnie taką kawę proponuje, by zachować pełny obieg żywiołów. No bo co dodać z  kwaśnej przemiany Drzewa? Zastanawiałam się nad octem balsamicznym lub jabłkowym, nie mają tak silnego aromatu, jak cytrus, ale są równie kwaśne i wydaje mi się, że nawet minimalna ilość zburzy harmonię kawowatości. Jeżeli zaczynamy od elementu Ognia, czyli gorzkiego, jakim jest kawa, dodajemy potem coś słodkiego (przemiana Ziemi), następnie smak ostry (Metal),  to obieg kończymy na Drzewie (kwaśny), ale nie cytrynowym, nie sięgałam wysoko, pomocne okazały się me rodzime korzenie- nać pietruszki:) Świeża natka, należąca do kwaśnej przemiany, świetnie spisuje się w kawie: podkreśla jej smak, ale nie jest wyczuwalna. Spróbujecie sami. 
      Na sympozjum wiedźm niskopiennych w Górach Izerskich dodałam odważnie 5 sporych gałązek natki do kotła z czterema szklankami kawy i efekt przerósł moje nieśmiałe oczekiwania, kawa zrobiła furorę.

 KAWA Z NATKĄ
proporcje na 2 kawy

O Zagotować wodę
wsypać odpowiednią ilość kawy (powoli, na małym ogniu, mieszając, bo kipi), ja daję 4 czubate łyżeczki na 2 szklanki wody.
Z cynamon 1/4 łyżeczki,
 cukier trzcinowy lub ksylitol wedle upodobań, jeśli ktoś nie słodzi, to szczypta,
M  goździki - 3 szt., imbir szczypta, kardamon szczypta
W sól szczypta
D natka pietruszki 1-2 gałązki.
Przecedzamy przez sitko lub filtr i gotowe.

    Nie lubię także gorzkiej kawy, a w tej dałam bardzo małą ilość cukru, był niewyczuwalny, a mimo to smakowała mi bez dosładzania. No to teraz już wszystko lubię:)