czwartek, 20 kwietnia 2017

Prawo echolokacji na ulicach Sumatry

    Slowly, Slowly (powoli, powoli) - często powtarzają indonezyjscy gospodarze gościom z Europy; slowly, slowly- słychać filozoficzną maksymę wśród tubylców w mieście, slowly, slowly ... ale nie w Medan, stolicy prowincji Sumatra Północna.   

       Gładkim asfaltem w równym odstępie od innych pojazdów sortujących turystów mknie się z lotniska tylko jakieś pół godziny, a potem już coraz mniej asfaltu, coraz tłoczniej, głośniej, spalinowo, korkowo i symfonia klaksonów. Pierwsze skrzyżowanie w tym olbrzymim molochu i szok, przeżywamy zderzenie kultur na drodze!  Co tam, że światła, nikt nie staje na czerwonym, w ogóle na żadnym. Niby ruch lewostronny, ale wszyscy jadą jak chcą, we wszystkich kierunkach równocześnie i w ogóle po wszystkich możliwych stronach ulicy, kto pierwszy wpasuje się w jakiś wolny skrawek przestrzeni, ten lepszy. Biiip -  trąbi nasz kierowca i mija z prawej 4 osobową rodzinę pędzącą na motorze - za kierownicą facet z niemowlakiem pod pachą, za nim starsze dziecko, a na końcu kobieta - niemal trą kołem motoru o krawężnik. Biip ! Trąbi na nas coś po lewej, a z naprzeciwka sunie na naszą czołówkę ciężarówka, mijamy się z nią o centymetry. I tak w tym stylu przez kolejne 3 godziny. "Ale Meksyk"- Mówiliśmy kiedyś, "ale Medan!" - Mówimy teraz. Czuliśmy się jak na rollercoasterze. Szybko zrezygnowałam ze śledzenia drogi, by uniknąć zawrotów i oczopląsu, w atawistycznym odruchu chciałam odmawiać zdrowaśki, ale zamiast różańca miałam pod ręką chipsy, więc pochłaniałam je gorliwie. Artur miał gorzej, bo usiadł z przodu  i  zazdrośnie spoglądał w moją stronę, z niejakim żalem stwierdzając, że przynajmniej ja się uratuję. 

       Klaksony na ulicach Indonezji to bynajmniej nie przejaw wyładowywania emocji  za kierownicą pt.: "Jak jedziesz baranie", jak ma to miejsce u nas. Tam jest to dosyć złożony system ostrzegawczy, zastępujący kierunkowskazy, sygnalizację świetlną czy znaki z pierwszeństwem przejazdu. Czy pierwszeństwo ma ten, kto ma głośniejszy klakson? Jak tu się połapać w tym systemie dźwiękowym? Na wstępie nie mieliśmy odwagi pytać naszego kierowcy, by go nie rozpraszać rozmową, tak byliśmy dziecinnie przejęci:) Pytaliśmy tylko o częstotliwość wypadków. Stwierdził, że rzadko się zdarzają, że w tym roku jeszcze żadnego nie widział. Może  tak na pocieszenie powiedział. Ale jak przy tej szalonej slalomowej jeździe zaczął ustawiać GPS, rozmawiając jednocześnie przez telefon, to przestaliśmy się troszczyć o jego skupienie na drodze. Tamtejsi kierowcy to wyczynowcy z niezwykle wyostrzonym zmysłem słuchu, tak zmutowanym w tej drodze ewolucji, że posługują się echolokacją, jak nietoperze. Muszą się orientować, z której strony i ile razy trąbnięto! Częstotliwość i długość dźwięku ma tu znaczenie, jednak nie udało nam się do końca rozszyfrować tego ulicznego alfabetu morsa. Wypadków jest tam rzeczywiście niewiele, szczególnie w porównaniu z Polską - jak zdążyliśmy się rozeznać w statystykach oraz podpytać naszych godnych zaufania gospodarzy z couchsurfingu. Jak to możliwe? Od czego to zależy? 

        Pieszy na drodze - zdecydowanie, siła woli, refleks- to cechy przewodnie, którymi musi się wykazać w tej właśnie kolejności.  Mieliśmy okazję wystąpić w tej brawurowej roli. Było już ciemno, staliśmy bezradnie na krawędzi chodnika, przed nami namalowane pasy dla pieszych, po których nieprzerwanie sunęła rwąca rzeka pojazdów. Staliśmy i staliśmy dłuugo, aż w końcu nasze problemy decyzyjne zostały zauważone przez jakiegoś funkcjonariusza w odblaskowej kamizelce przesiadującego na pobliskim straganie. Podszedł ze świecącym lizakiem, by nas przeprawić na druga stronę, jednak nie od razu udało mu się spowolnić ruch, o zatrzymaniu nie ma tu chyba mowy. Trochę się chłop namachał tym świecidłem, zanim kierowcy zwolnili, byśmy mogli slalomem lawirować między autami i różnymi innymi niezidentyfikowanymi pojazdami.


IDĄC ZA PRZYKŁADEM KRÓW
   Szybko przyzwyczailiśmy się do tych szaleńczych warunków drogowych. Już na drugi dzień jechaliśmy przez centrum Medan bez mrużenia oczu, bez większych wrażeń, nawet rozklekotaną motorikszą, a oczy szerzej się otwierały jedynie na widok krów licznie pomykających po ruchliwych ulicach. Czułam się jak na safari. Wcześniej z uwagi na wieczór nie występowały, a teraz biegały samopas po dwóch stronach drogi. Krowy indonezyjskie święte nie są , więc tamtejszy niepisany kodeks drogowy też je obowiązuje,co prawda chodzą, gdzie chcą, ale ustępują z drogi, nawet już po dwóch klaksonach:)
                                               HATI HATI / UWAGA UWAGA!
      W tej części świata, gdzie drogi są jak szwajcarski ser (jak nasze polskie trzeciorzędne), gdzie wszyscy pędząc, podskakują jak na wyrzutni, nie przejmując się zawieszeniem, gdzie na jezdniach panuje prawo dżungli - można spotkać taki oto wzruszający znak drogowy:
SAYANG = KOCHANI! :)
To tylko jedna z wielu identycznych dziur na kilkunastokilometrowej trasie, ale została obdarzona uwagą:)

Jakby tak u nas zwracano się do kierowców per:"Kochani"?! Może by bardziej zadziałało? 







środa, 12 kwietnia 2017

Kilometr zero, koniec Indonezji i co dalej...


        Nie przypuszczaliśmy, nawet w najśmielszych planach podróżniczych, że uda nam się 
dotrzeć na najbardziej wysunięty na zachód fragment Indonezji - wulkaniczną wyspę Pulau Weh, gdyż czasu mieliśmy mało, a ponadto jest to najbardziej ortodoksyjny muzułmański region - Aceh, którym to czasem straszą w internetowych klechdach i dobrze, że straszą, bo są tam dziewicze, przecudne, nieskażone turystyką tereny, a ceny- bardzo atrakcyjne, kuszą do zostania na dłużej, a nawet osiedlenia się na stałe (jak w naszym przypadku :). Z uwagi na tsunami, mimo że miało ono miejsce 2004 r., ziemia jest tam nadal bardzo tania (z czego korzystają głownie Niemcy i Holendrzy). Hektar nad samym morzem, z własną plażą- ok. 10 tys. zł. Za wynajem naszej chatki usytuowanej na palach w samym morzu płaciliśmy 15 zł za dobę, powtarzam dla ścisłości, że cena jest za domek, nie za osobę. A w tym drewnianym domku łazienka w standardzie niemal europejskim, przestronna sypialnia i taras, który służy za living room:  stół, leżaki, hamak. Już z samego tarasu można oglądać kolorowy świat podwodny. Szmaragdowa spokojna tafla morza: wielkie różowo-zielono-fioletowe ryby z białymi pyskami i małe niebieskie w żółte prążki - oglądaliśmy je bez zanurzania się w wodzie, podczas porannej kawy na tarasie. Aby zobaczyć rozgwiazdy, kolcobrzuchy, kałamarnice, a przy odrobinie szczęścia żółwie, szliśmy popływać z maskami jakieś 5 metrów od brzegów chatki:) 
Czasem mieliśmy na tarasie gości - kolorowe ptaszki przysiadały na barierce, małpy buszujące z rana z nadzieją zarekwirowania czegoś pożywnego, a jak nic nie było, to kradły klamerki do bielizny. Jednak najczęściej i najliczniej odwiedzały nas okoliczne koty bez ogonów (tamtejsza rasa tak ma), bo szybko rozniosła się wieść, że tu mieszka ich ambasadorka. Gdy pewnego dnia pod nasz domek zawitało stadko małych rudo-czarnych kóz, stwierdziłam, że robi się ciasno, a miejsca na hamaku nie oddam, zamknęłam arkę, kijami od szczotki:). Sjesta w hamaku z widokiem na przeciwległą wyspę i dżunglę, a wieczorem spektakularne zachody słońca i wielkie (roślinożerne:) nietoperze, zwane w wolnym tłumaczeniu latającymi wiewiórkami, szybujące na tle różowego nieba, szum morza, które za dnia spokojne, w nocy się burzy, ale przyjemnie kołysze do snu - no czego nam więcej było trzeba?! Gdy po raz pierwszy w tej scenerii zawisłam w hamaku, popadłam w filozoficzną zadumę, bo: niebo gwieździste nade mną, rozgwiazdy pode mną, a prawo M we mnie... i przede mną Kant na pewno tu był. Tylko zbyt lapidarnie, to ujął:)


 Jak  trafiliśmy do tego raju? Zupełnie niechcąco, przy pomocy naszego przyjaciela z dżungli w Bukit Lawang. Kiedy to pewnego wieczora utyskiwaliśmy, że za mało mamy czasu na snorkeling, że nie zdążymy dotrzeć do jakiegoś zacisznego morskiego wybrzeża. jako że Sumatra długa i szeroka, a termin powrotu do Polski zbliżał się niebłagalnie, nasz szaman zrobił wielkie oczy i wydał nieznoszący sprzeciwu werdykt: "Ależ macie czas, mnóstwo czasu!" i postanowił nas niezwłocznie teleportować. Mieliśmy ok. godziny na spakowanie, wymeldowanie się z uroczego '"Rain forest" i zabukowanie lotu z Medan do Banda Aceh, przy czym nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie, dokąd potem, ale nasz przyjaciel wiedział. Nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, wiedzieliśmy jedynie, że nie ma co wodzić palcem po mapie, że on wie lepiej, co jest dla nas dobre. Toteż daliśmy się grzecznie poprowadzić Losowi. Znalezienie w środku nocy na wsi transportu na lotnisko odległe o ok. 5 godzin to niełatwa sprawa. W czasie tych poszukiwań, nasz przyjaciel wyciągnął z łóżka pracownika tutejszego biura podróży i wspólnie próbowali postawić na nogi któregoś z zaspanych taksówkarzy. Niebawem wszyscy, poza panem z biura podróży, znaleźliśmy się w drodze na lotnisko.       Droga na kraniec Indonezji - cóż prosta nie była, a my jechaliśmy do najdalej położonej od promu miejscowości na wyspie - do Iboih, do  gasthausu położonego na samym końcu Iboih,  do ostatniej chatki w tym gasthausie, usytuowanej na skraju lasu, na ostatniej plaży, niedaleko o słynnego kilometra zero. KONIEC INDONEZJI.  Ale o tym jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy i opowiem o tym również  pod koniec.
    Dotarliśmy na noc, zdążyliśmy się załapać jeszcze na jakąś kolację (pyszne curry i sok z awokado), a miejscowy chłopak zdążył z nami ubić interes i umówić się na jutrzejszy rejs motorówką. 
     Motorówka. Ambiwalencja odjazdowa, okropny ból głowy jeszcze przed wejściem na tężę. Potem niekontrolowany uśmiech całą gębą, mimo że już się takimi przeprawiałam. Początki choroby morskiej  czy psychicznej? 
      A morze tego dnia było wzburzone, jak rzadko kiedy w tych stronach - jak dowiedzieliśmy się od kapitana wyprawy. Chłopak za sterem cieszył się tymi falami i my początkowo też, ale on cieszył się trochę za długo, bo jak się już ustatkował i zwolnił, tyłki mieliśmy nieco obite. Co parę sekund hop, pól metra do góry i łup z powrotem na twardą ławkę i hop: "O widzisz tam..."- wskazuje Art wyciągniętą ręką malowniczą wyspę i łup w dół z tą wyciągnięta ręką tuż na mojej szczęce. Uderzamy z impetem o fale, słoneczko już nie takie ostre,  tu pośrodku oceanu temperatura w sam raz wspaniała, morska bryza i pęd motorówki przyjemnie chłodzą. Super, ale mnie już coraz bardziej przymula, żołądek się skręca, głowa pęka i zaczynam lamentować. Zwalniamy, widoki piękne, coraz piękniejsze, więc kontempluję i lamentuję jednocześnie i niespiesznie...mamy czas mnóstwo czasu, dźwięczą mi w uszach na uspokojenie słowa naszego przyjaciela z dżungli. "Musimy się chyba zatrzymać" - coś tam Artur ordynuje za moimi plecami, a ja się zachwycam - Moją żonę boli głowa" - ponoć informował sternika,o czym ja nie miałam pojęcia, tylko  po co? Nie bardzo rozumiem. Ja się zachwycam, zachwycam i lamentuję, a on nas zatrzymuje. Stajemy na środku, pomiędzy dwoma niedużymi wyspami.
- Co ci jest? Dasz radę? Pyta Art zaniepokojony moim szaleńczym wyrazem twarzy, którego nie byłam świadoma.
- A co ma być? Czemu mam nie dać? Aha - no tak, bardzo boli mnie głowa- uświadomiłam sobie - i chyba zaraz zwrócę śniadanie. Rzeczywiście czaszka mi pęka - a widząc badawcze spojrzenia, a nawet brak zrozumienia ze strony indonezyjskiego chłopaka, mówię głośniej z niezmiennym promiennym uśmiechem w jego stronę: że duże fale- uśmiech, że żołądek - uśmiech, że chyba zaraz oddam za burtę dzisiejsze treści pokarmowe:) ale może jeszcze nie teraz:) może później:) teraz mam coś z głową - uśmiech x 3. "No tak"- kiwa ze zrozumieniem i współczuciem nasz motorniczy.
 - Bynajmniej, nie wyglądasz na osobę cierpiąca, choć może masz coś z głową - mówi Art zaniepokojony - przecież cały czas, mniej więcej od godziny, szczerzysz zęby w uśmiechu oraz jęczysz, że już nie możesz.
- Ano rzeczywiście - Zaczynam powoli uświadamiać sobie swój radosny szczękościsk, niebędący chyba wynikiem choroby morskiej, czy utraty zmysłów, a raczej ich niekontrolowanego wyostrzenia w tych niezwykłych okoliczności przyrody. Cudnie jest, zachwycające małe wysepki wśród turkusowej wody, z rafami we wszystkich kolorach tęczy, duże wyspy z bujną zielenią dżungli, szczyty wulkanicznych gór na horyzoncie, więc gęba sama się cieszy, na przekór obolałej reszcie ciała. Jednak luzuję mięśnie twarzy, nie tylko w trosce o zmarszczki, lecz by nie budzić już podejrzeń, co do mej kondycji psychicznej. Ból głowy i powykręcane wnętrzności dają o sobie znać, ale  nie na długo, bo ruszamy w stronę wyspy żółwi, po drodze widać małe rekiny (niegroźne, można z nimi pływać), gdzieniegdzie fruwające ryby, w oddali majaczą podwodne bąble z gorących źródeł i radość z mego pyska znowu tryska! Ponownie nabieramy tempa, fale rozbijają się o lodź, trochę słonej wody się ożłopaliśmy, ale jak tu w takich warunkach poddać się chorobie morskiej, kiedy zaraz mamy dać nura do parasolkowych raf, nie mam już czasu jęczeć. 

KILOMETR  ZERO
    Objechaliśmy większą część wyspy Pulau Weh moim ulubionym środkiem transportu - becakiem/tuktukiem (motorikszą). Zwiedzanie jednak podporządkowane było celowi nadrzędnemu - bankomatom, bo w miejscowości Sabang, żaden nie przyjmował naszych kart. Gdy po dwóch godzinach poszukiwań, udało nam się znaleźć jeden jedyny bank, gdzie mogliśmy bez zdzierstwa dokonać jakichś operacji i oddalić widmo głodówki, spytaliśmy naszego kierowcę, co możemy zwiedzić po drodze. Okazało się, że oprócz dżungli, malowniczych punktów widokowych i meczetów, których mieliśmy przesyt, pozostał nam bardzo ważny punkt turystyczny: kilometr zero. 
- A co tam jest? Pytamy lokalesa. 
- To tam zaczyna się i kończy Indonezja, na samym skrawku wyspy Sabang - wyjaśnił z dumą.
I okazało się, że jest to 8 km od naszego domku! Oh Remi jungle boy, ale żeś nas wyprawił ! Chyba dosłownie zrozumiał me skargami pod adresem Artura: "że po to więzłam sprzęt do snurkowania na ten koniec świata, by choć raz go użyć!".   
 - Ale co tam jest, jak wygląda ten koniec Indonezji? Pytaliśmy dalej z rosnącą ciekawością.
- Jest duży napis, że koniec, że kilometr zero - odpowiedział z przejęciem nasz przewoźnik. A mnie śmiech ogarnął, bo przypomniałam sobie kawał o domu wariatów, gdzie był słup z napisem:" Koniec słupa, zejść na dół". Już chciałam spytać, co jest za tym napisem, czy można pójść dalej, ale mój rozmówca mnie uprzedził i powiedział, że dalej jest restauracja i nawet można dostać piwo spod lady (w regionie tym panuje prohibicja). Ale ja z entuzjazmem i upartością dziecka pytałam dalej.
- A dalej, co za jest za ową restauracją?
- No koniec, nie ma już nic - odparł z dobrodusznym uśmiechem. Fantastyczne, "koniec Indonezji, przejścia nie ma"- zobaczyłam w swej skurczonej wyobraźni szlaban!  
    Albo początek, jak kto woli. Ja chyba swą następną podróż zacznę skrupulatnie - od owego końca, który jest też początkiem, bo tym razem nie zaliczyliśmy tej atrakcji turystycznej, zbyt smutna nam się wydała:) 
     A teleportacja na ten koniec? Dochodzę do wprawy: starałam się nie myśleć o drodze przede mną, przespać co się da, nic nie czuć, usunąć z pamięci niewygody, odciąć zmysły - i nie było to takie trudne, no może poza ostatnim odcinkiem. Po skompresowaniu wyglądało to mniej więcej tak:
RADOŚĆ, RADOŚĆ, SAMA RADOŚĆ:)
Od 2. w nocy do 6 rano taksówką z Bukkit lawang na lotnisko do Medan. Stamtąd 1h samolotem do Banda Aceh - potem 4 h promem do Pulau We - z promu motoriksza 1 h do Iboih, następnie najdłuższe 20 minut w tej podróży - na piechotę z ciężkimi plecakami pod górę, po nieprzespanej nocy, prawie bez jedzenia, w straszliwym upale do guesthausu o nazwie: "Julia". Gdzie już po chwili wszystkie trudy podróży zostają wynagrodzone. Znika głód i zmęczenie, jest tylko radość.                                                                                




środa, 5 kwietnia 2017

Najdroższa kawa na świecie. Zapiski z podróży po Sumatrze


    Pierwsze, czego mi było trzeba po zakwaterowaniu się w drewnianej chatce - hoteliku nieopodal dżungli w Bukit Lawang, to kawa i to najlepiej  mrożona. W hotelowej knajpie przywitano nas entuzjastycznym: "sama sama", czyli: "zapraszamy", a my bez zastanowienia odpowiedzieliśmy tym samym zwrotem, ku ich uciesze, chyba już wtedy czuliśmy się jak u siebie:) Zamówiłam ice coffee, potem pospiesznie dodałam, że biała. Kelner pokręcił przepraszająco głową, że white nie ma, jest tylko czarna. No cóż, zadowolę się tym, co jest, choć naprzeciw w szklanej lodówce widać było kartoniki z mlekiem, nawet sojowe dojrzałam, nie chciałam jednak się już tak panoszyć, po tym pewnym siebie przywitaniu. Możliwe, że im się zsiadło w tej temperaturze, prąd często tutaj wyłączają... Po południu poszliśmy zwiedzać okolicę. Piękne klimatyczne drewniane tarasy knajpek usytuowanych nad rwącą rzeką z lasem deszczowym w tle kusiły, by posiedzieć chwilkę w cieniu, jednak w żadnej nie serwowali białej kawy. Nie dałam za wygraną i w trzeciej z  kolei widzę, że jakiś turysta siorbie przez słomkę coś, co wygląda jak mrożona kawa, poprosiłam o to samo.
- Z mlekiem? Spytał kelner.
- Tak, białą kawę poproszę.
- Ale białej kawy nie ma - odparł - może być z mlekiem lub czarna? Czyż to nie to samo? 
- Czarna z mlekiem, to nie biała? Pytam. Chłopak kręci przecząco głową. Poprosiłam więc o czarną z mlekiem i mrożoną i bez cukru, no chyba w końcu się dogadaliśmy. Ale po chwili kelner wraca z informacją, że: "nie ma bez cukru". 
- No jak to? Nie możesz podać cukru osobno? Dziwiłam się coraz bardziej.
- Mogę - rzekł ugodowo i po chwili przyniósł wszystko osobno: kawę z lodem, cukierniczkę i mega słodkie skondensowane mleko :). No tak, zapomniałam, że tutaj w Indonezji wszystko jest przesłodzone. naturalne jogurty z probiotykami są jak ulepek, mleko sojowe też, o zwykłym nie wspominając. Ale dalej nie rozumiałam, dlaczego kawa z mlekiem, to nie kawa biała. Zrozumieliśmy tę różnicę dopiero na drugi dzień, bo w ostatniej knajpie tuż przy zejściu w zakole rzeki,  spotkaliśmy nasze przeznaczenie w tej podróży: Człowieka Dżungli- przewodnika z zaświatów. Byliśmy poza sezonem turystycznym i spacerując wąskimi uliczkami, spotykaliśmy głównie autochtonów, przewodników po dżungli, artystów: malarzy, rzeźbiarzy, muzyków, chiropraktyków i rożnej maści terapeutów. Nasz Jungle Man był więcej niż tym wszystkim w jednej osobie.  Przywitał się z nami, tak, jakbyśmy się przed chwilą widzieli: "no w końcu jesteście"-westchnął z ulgą, po czym pokazał drzewa z gniazdami orangutanów na szczycie,  potem przeprawił nas na drugą stronę rzeki i objaśniał świat, nie tylko dżunglę, w której za sprawą dziadka przeszedł szkołę przetrwania, ale również... powoli, powoli, za bardzo się rozpędziłam, ten duch dżungli, Remi, to temat rzeka, którego tu nie pomieszczę, to szaman na osobny rozdział, bo... Co jest z tą białą kawą? Pytam Remiego, gdy ten z zapałem kulturoznawcy rozprawia o mentalności Europejczyków i Azjatów. "Slowly... slowly...Margaret, mamy czas, tu jest mnóstwo czasu, nie tak, jak w Europie, jutro zabiorę was do wsi do mojej mamy, tam napijemy się białej kawy, takiej prawdziwej, bez mleka". Super, cokolwiek to znaczy:) A ponieważ mamy czas, mnóstwo czasu, tylko czasem o tym nie wiemy, to mała dygresja.
      Urok Bukit Lawang, to nie tylko rajska przyroda - a klimat nieco mniej upalny, dzięki deszczom i rzece - ale  radośni ludzie i spokój.  W dzień jest cichutko, o ile nie leje, (a leje niemal codziennie  lecz  pod wieczór lub w nocy) słychać ptaki i małpy-makaki, nigdzie nie ma włączonego radia czy muzyki z płyt. Nikt się nie spieszy, tylko z rzadka wąskimi chodnikami przejedzie jakiś skuter i zagłuszy cykady. Ludzie są  bardzo towarzyscy, ale nie nachalni i niemal wszyscy bardzo muzykalni. Gdy zapada zmrok, zbierają się grupki koncertujących chłopaków, graja na gitarach i śpiewają pod palmami lub w przydrożnych kafejkach, liryczne pieśni indonezyjskie lub angielskie hity na życzenie turystów i za darmo. I tu śmieszna historia- ale jeszcze bez białej kawy. Wszyscy Indonezyjczycy z wyglądu wydawali się nam podobni, szczególnie młodzi. Na jednej z biesiad gitarowych pewna holenderka prosiła jednego indonezyjskiego chłopaka, by zagrał ten sam utwór co wczoraj, ale okazało się, że on wczoraj nigdzie nie grał, więc przywołał swoich kumpli i miała teraz przed sobą niemal trzech takich samych, długowłosych, o identycznych fryzurach i podobnych rysach twarzy. Śmiech ją ogarnął, nie potrafiła  rozpoznać, który to grał, a wszyscy coś grali. Mieliśmy takie same problemy, żartowaliśmy, żę zaczniemy używać opcji rozpoznawania twarzy przez telefon. Nawet pod koniec naszego pobytu wszyscy, poza oczywiście naszym Remim,  mylili się nam okropnie, np. umówionemu kierowcy mówiliśmy, że musimy wrócić w to samo miejsce, co dziś przed południem (zapomnieliśmy nazwy). A on zdezorientowany, słabo mówiący po angielsku, próbował z nami ustalić, gdzie było owo "przedpołudniem". Stwierdziliśmy, że koleś kombinuje, by zarobić na dłuższej przejażdżce, więc stanowczo mu tłumaczyliśmy, że na pewno nic zwiedzać nie będziemy, że chcemy wracać. "A to jak nie chcecie na nic patrzeć- tylko tyle zrozumiał nasz zdezorientowany kierowca- to ja mam taki zaciągany daszek w motorikszy- tłumaczył nieborak na migi. No cóż, albo widoki się białasom znudziły albo są tak porażeni okolicznym pięknem, że mają oczopląs- tyle mógł sobie o nas pomyśleć:) Bowiem po jakichś trzech telefonach do swoich kolegów, którzy znali angielski, udało mu się w końcu przetłumaczyć nam, że to nie on rano z nami  jeździł, że to był jego przyjaciel. Ach te azjatyckie twarze!
domowe ptaszysko no name:)
    W domu mamy Remiego, gdzie po raz pierwszy skosztowaliśmy białej kawy, było jak w chacie czarownicy, ale takiej współczesnej  indonezyjskiej: na podłogach białe lśniące kafle, w salonie kino domowe, olbrzymi ekran z zasłonkami i frędzelkami; oswojone ptaki, w tym jeden gołąb pocztowy w klatce (tańszy niż listonosz i niezawodny), kilka kotów, mnóstwo ziół w ogrodzie i dziwnych mikstur w kuchni, a pod sufitem w worku przymocowane były... kości przodków! Sama gospodyni, nieco przysadzista, ok. sześćdziesięcioletnia, trochę nas onieśmieliła, by tak rzec, bo jej twarz skłaniała do przypuszczeń, że miała wypadek lub ktoś ją
Pokonuje 1500 km do wujka w Jakarcie
pobił. Policzki miała spuchnięte jak chomik w porze największej wyżery, na ustach zaschniętą krew, a w kącikach zbierała się świeża, a gdy na nasz widok w szczerym uśmiechu  odsłoniła zęby, okazało się, że są one czerwone! Rany, co jej się stało!? Może jest wampirem? Pytały nasze spojrzenia, dyskretnie ukryte przed Remim i jego mamą. Nie śmieliśmy zawczasu pytać, bo pewnie to delikatna sprawa i może sami nam powiedzą. Jednak po chwili, po pokonaniu tych paru dzielących nas od uścisku dłoni metrów, okazało się, że ciecz w kącikach ust gospodyni to chyba nie krew, bo policzki wypchane miała jakimiś zielonymi liśćmi, które cały czas żuła i to z tych liści sączył się ten czerwonawy sok. Nie zmienia to faktu, że dość upiornie to wyglądało. A niedługo potem, my wyglądaliśmy podobnie, uraczeni tym dziwnym zielskiem, które leczy kości, niestrawności i likwiduje zapach potu. Długo tego nie byłam w stanie przeżuwać, ostry i wykręcający smak. Doszłam do wniosku, że przed następną wizytą u mamy Remiego, musimy chyba wziąć porządny prysznic, by nie raczono nas tymi liśćmi anty-potowymi. Za to biała kawa była wyborna,  kolor jaśniejszy niż standardowe cappuccino, a smak delikatny, kremowy i bez jakiegokolwiek nabiału: mleka czy śmietanki. Gdy wzięliśmy pierwszego łyka, Remi zaczął wyjaśniać, jak powstaje ta kawa i miny nam zrzedły, drugi łyk utknął mi w gardle, bo Kopi Luwak powstaje z odchodów pewnego zwierzątka z rodziny lisowatych- cyweta, w Azji zwanego luwakiem. Ale spokojnie - śmiał się Rem na widok naszej konsternacji- kawa jest starannie oczyszczana z tych odchodów. Plantator czeka na codzienną kupę zwierzaka, potem ją dokładnie myje, osusza i praży. Cywet bardzo lubi owoce kawy, trawi tylko miąższ, wydala odchody z niestrawionymi ziarnami, a następnie po oczyszczeniu powstaje owa specjalna kawa, najdroższa kawa na świecie, ok. 4000 zł za 1 kg, a tu w Azji za grosze.  Po przejściu przez przewód pokarmowy łaskuna ziarna kawy tracą gorzki smak i dlatego ma łagodny aromat. No dobra, przęknęłam, nie czuć odchodów, dobra jest, ale...zaraz, zaraz, przypomniałam sobie, że słyszałam już o takiej kawie i hodowlach tych zwierząt, tylko nie skojarzyłam ich z white coffee. Gdzieś czytałam, że te biedne łaskuny są przekarmiane, siedzą w ciasnych klatkach, że apeluje się, by tej kawy nie kupować. Siedziałam nad szklanką białej bez mleka zadumana nad losem łaskunów, a nasz czytający w myślach Rem, dodał na pocieszenie, że okoliczni mieszkańcy zbierają odchody z kawowymi nasionkami także w pobliskiej dżungli, od dziko żyjących luwaków No to wspaniale, tego potrzebowałam, by polubić tę kawę na nowo i szukać takiej od prywatnych gospodarzy, nie od plantatorów. Bo te urocze zwierzątka -  krzyżówka kota z wiewiórką - mają pecha, ludzie są tak bardzo zainteresowani ich odchodami, że zamykają je na całe życie do ciasnych klatek, no cywety i maja po prostu przesrane.                                                                                                          
                                                                           
         A  cywet wyglada tak:                              Cenna kupa cyweta      

       To co, piszecie się na tę kawę? Czekam na dostawę od przyjaciela z dżungli!




niedziela, 2 kwietnia 2017

Zbędne rzeczy w podróży na Sumatrę.Dlaczego Polacy nie chorują na dengę?

         Mój ostatni post był o pakowaniu się w podróż na Sumatrę, dziś właśnie rozpakowałam plecak, a czas pomiędzy był tak pełen przygód i wielkich emocji, że muszę ochłonąć, by ubrać to wszystko w słowa. Więc dziś nieco praktycznych przemyśleń.
           Oczywiście spakowałam ciut za dużo szmatek i lekarstw i takich tam, których nie miałam okazji użyć. Sztuka minimalizmu - to najbardziej pożądany dla mnie kurs. Trzy pary spodenek, zamiast czterech, dwie kiecki, zamiast trzech i o połowę mniej bielizny, jeden strój kąpielowy - o tym muszę pamiętać na przyszłość! Co do stroju kąpielowego w krajach muzułmańskich to używałam jednoczęściowego i nie wyobrażałam sobie paradować w bikini, jak niektóre turystki, bo nawet w skąpych krótkich spodenkach jest się obiektem częstych lustracji, a już w jednoczęściowym można się poczuć jak naturysta: dzieci wytykają nas palcami i chichoczą, kobiety odwracają wzrok, a mężczyźni dostają zeza rozbieżnego, wykazując nagłe zainteresowanie obłoczkami na niebie, a mowa tu o najbardziej muzułmańskim regionie, o Banda Acech. Toteż występ w samych gaciach wrzynających się w tyłek i biustonoszu wypada sobie darować.Oczywiście turysta swoje prawa ma, ale trzeba uszanować cudzą kulturę i obyczaje, po wyjściu z wody grzecznie narzucić na się chustę, dzięki czemu zaoszczędzimy nieco na kremach z UV.
        Zdecydowanie za dużo zapakowałam na drogę wit. C, niemal pól kilo! Tam są tanie, świeżo wyciskane soki, toteż połowę jedno gramowych kaspsułek C ratujacych życie w razie dęgi, o której sie tyle naczytałam przed wyjazdem - przywiozłam z powrotem:) Dęga, mimo że roznoszona przez komary, jest naprawdę rzadka przypadłością, jak się dowiedziałam na miejscu. Trzeba spędzić sporo czasu w zatłoczonych brudnych miastach, jak Jakarta czy Medan, by się tego nabawić.  Natomiast o przeziębienie nie trudno, bo klimatyzacja w środkach transportu robi swoje. Pod koniec pobytu przemarzłam w taksówce i lokalnym samolocie, gardło bolało mnie okropnie, ale tylko dzień - dzięki C, której zażyłam ok. 30 gram w 3 dawkach. W Polsce brałam dwa razy tyle, by się szybko wykurować, ale tu oprócz świeżych owoców jest coś, czego w naszym kraju brak - mega świeże powietrze, oczywiście w wioskach, bomba tlenowa z dżungli. Po pierwszej nocy w Bukkit Lawang, zastanawialiśmy się, dlaczego wstaliśmy tak wcześnie i nie chce nam się spać. Dlaczego w ogóle nie chce nam się jeść? Bo oxygen- stale, niczym mantrę, powtarzał nam tamtejszy człowiek dżunglii. Lecz my niedowiarki wciąż czekaliśmy na kryzys, bo w końcu organizm upomni się o swą zwyczajową dawkę snu i jedzenia. A tu niespodzianka, przez cały nasz pobyt w tej bujnej zieleni jedliśmy i spaliśmy bardzo mało, a siły nam dopisywały. Przykładowo, po prawie nieprzespanej nocy (a to z wrażenia, że na drugi dzień wyruszam na spotkanie z orangutanami:) poszłam na siedmiogodzinny treking po dżungli, miałam wątpliwości czy dam radę, a okazało się że sił miałam w dwójnasób i zamiast paść po tak wyczerpującej wędrówce, siedziałam kolejne północy w dżungli przy namiocie, rozmawiając z naszymi przewodnikami .
      Warto pamiętać, by w krajach, gdzie zdarza się dęga, nie zażywać aspiryny, która może być zabójcza przy tej chorobie, rozrzedza krew i powoduje krwotoki. Na dengę, podobnie jak na malarię nie ma lekarstwa, bierze się jedynie paracetamol i olbrzymie ilości wit. C. Niektórzy przechodzą ją jak zwyczajną grypę inni lądują w szpitalu, ale w końcu zdrowieją. Przypuszczam, że Polakom dęga w ogóle nie grozi, szczególnie tym z krakowskiego. No bo wyobraźcie sobie z takiego zanieczyszczenia, jakie mamy (czasem normy przekroczone 1000%), że w niektórych miastach ostrzega się przed wychodzeniem z domu, lądujecie na kilkanaście nocy i dni w  namiocie tlenowym. Organizm dostaje wysokich obrotów. Mieszkam w miejscowości turystycznej, gdzie rok temu zlikwidowano stację pomiarów, (normy przekroczone wielokrotnie), bo przecież turystom trzeba naliczać opłatę klimatyczną!
 OKULARY PRZECIWSŁONECZNE NA RÓWNIKU lub tuż obok, jakieś 200 km od środka półkuli, można sobie darować. Ponieważ mam wadę wzroku, zainwestowałam przed podróżą w przeciwsłoneczne szkła korekcyjne. I okazało się, że na niewiele się to zdało, gdyż kąt padania promieni słonecznych jest po prostu prostopadły:) Słońce jest równiutko nad głową, wpada w przestrzeń miedzy okularami a czołem, mimo dociskania ich  do podstawy nosa - świeci po oczach. Okulary w tej części świata powinny wyglądać jak spawalnicze lub mieć daszek, Więc czapka, kapelusz lub daszek z liścia bananowca są bardziej pożyteczne. ja zrezygnowałam z jakiejkolwiek ochrony gałek, gdyż przy tej bujnej zieleni cienia nie brakuje, a i zachmurzenie jest częste.
       Płaszcz przeciwdeszczowy, nie ma sensu w tropikach, mimo że pojechaliśmy właśnie w porze deszczowej, ani razu nie użyliśmy. Deszcz jest zbawieniem w tych upałach, ale tamten deszcz zazwyczaj zmienia się po parunastu minutach w ulewę, jakiej w Polsce nie znamy, jednak te kilkanaście minut wystarczy, by schować się gdzieś pod dach, bo przy tej ścianie spadających hektolitrów wody żaden płaszcz nie daje rady, a trzeba jakoś uchronić swój dobytek, aparat, dokumenty- bez porządnego grubego worka na śmieci niema co wyruszać w teren. Poza tym miło jest zmoknąć w ciepłym deszczu, szczególnie gdy ma się pod ręką mydło lub szampon. W Bukit lawang leje codziennie, z reguły pod wieczór i jest to taki żywioł, że będąc pod dachem, trzeba mówić do siebie podniesionym głosem, z czym akurat nie mam problemów, w przeciwieństwie do Artura, któremu nawet przy słonecznej aurze rzadko udaje się mnie przekrzyczeć;) Pewnego razu podczas takiej ulewy siedziałam na zadaszonym tarasie i obserwowałam okolice, jak znikają ludzie, gasną światła latarni, bo na czas deszczu są wyłączane, jest głośno, coraz głośniej, hucznie, ale klimatycznie, powietrze rześkie i ciepłe. Zastanawiałam się ile godzin to jeszcze potrwa, siła uderzeń spadającej wody nie słabła, była jednostajnie monotonna, aż tu nagle widzę, jak chodnikiem obok naszych domków pomyka ktoś pod parasolem (wiatrów tam nie ma, więc przez krótki czas parasol daje radę) i włącza przydrożne latarnie. Czyżby koniec mokrego spektaklu? Jaki związek mają latarnie z zakręcaniem kurków z wodą w niebie? Bo rzeczywiście po paru minutach od włączenia światła na uliczkach, deszcz słabnie! Skąd oni u licha wiedzą, kiedy? Może światłem rozpraszają deszcz? Padać przestało całkowicie, gdy człowiek z parasolem oddalił się do pobliskiego budynku. Takie oraz im podobne czary mary widziałam podczas pobytu w  Bukkit lawang niejednokrotnie, o czym innym razem.
    Skoro wilgoć, to moskity? I tu miła niespodzianka, bo jednak nie mach ich tak wiele. Nabyliśmy w internetowym sklepie najsilniejsze z możliwych repelenty na moskity,  takie dla żołnierzy z deet 50 %:) Nie warto, skóra, nawet najbardziej wytrzymała i niealergiczna jak moja, zaczyna po tym chorować. Poza miastem, nad rzeką, w wioskach, a nawet w samej dżungli komarów jest mniej niż w Polsce nad jeziorem! W zupełności wystarczał nam olejek goździkowy. a i ugryzienia nie są takie swędzące, bąble malutkie znikające po paru godzinach. Może dlatego, że oxygen- jak mawiał nasz jungle boy.
     Szczepienia- temat kontrowersyjny, który studiowałam ponad miesiąc przed wyjazdem.  Nie dajcie się zwariować, Indonezja, to nie Afryka, gdzie często czystej wody brak i nawet przy myciu zębów trzeba uważać, zresztą podejrzewam, że wybierając się do Afryki, też bym się nie szczepiła, bo mam świadomość, czym jest szczepionka i jakie są skutki powikłań. Ponadto cena szczepień to często równowartość biletu na samolot. Wystarczy uważać, nie jeść nieumytych owoców, często dezynfekować ręce, zażywać probiotyki, najlepiej kupione na miejscu z ichnimi szczepami bakterii. Jedzenie w knajpach czy przydrożnych kuchniach zawsze mieliśmy świeże, nie było gotowych podgrzewanych dań, zawsze długo czekaliśmy, bo wszystko gotowane jest od podstaw. No i to czyste powietrze w pobliżu dżungli, ta ilość tlenu, od której nasz nieprzyzwyczajony organizm dostaje pawera- robi swoje:)

Spotkanie z tamtejszymi łazienkami wprawia w zdziwienie. Zastanawiałam się, jak tu sobie dać radę.
Rzadko można spotkać sedes, taki jak na fotce, a jak jest, to papieru toaletowego brak, za to jest prysznic przy spłuczce. No cóż, oni uważają, że podcieranie tyłka papierem jest niehigieniczne i no zgadzam się, ale papier w pewnym momencie i tak jest potrzebny:). Jeśli na ścianie jest prysznic, to nie ma brodzika, ani żadnej zasłonki, myjemy siebie oraz wszystkie ściany, brodzik jest obok i to  właściwie nie jest brodzik, a służąca za umywalkę i wannę studzienka ok. 1,5 m głęboka, napełniona wodą, którą co jakiś czas się wypuszcza i nalewa od nowa (wodę mają za darmo!), przy wypuszczaniu wody mamy automatyczne mycie całej podłogi, jest ona nachylona pod niewielkim katem w stronę dziury odpływowej. Dzięki temu mrówek tam brak, a podłoga jest zawsze czysta, gdyż szybko schnie, błoto się nie robi. Fajne, ale tylko w ciepłym klimacie możliwe.
     Co do podłogi, to bardzo podoba mi się indonezyjski zwyczaj, albo w ogóle muzułmański, podłogi są zawsze czyste, nie wchodzi się do pomieszczeń w butach, nawet przed wejściem do sklepu, czy biura, a nawet na pomost, zostawia się sandały na zewnątrz. Chyba w tym jedynym przypadku tamtejsze gospodynie mają łatwiej od naszych.



sobota, 11 marca 2017

Z termometrem do dżungli

     

  Liczymy godziny do wyjazdu  i jak widać na zdjęciu, spakowaliśmy wszystko, nawet termometr
zaokienny, tacy jesteśmy pedantyczni;) Temperatury na Sumatrze na pewno nam nie zabraknie, ale nie ma to jak własna stacja meteorologiczna, nie ufam prognozom pogody:) Jak słupek rtęci odpowiednio wzrośnie, to będziemy mogli podrywać się do lotu w poszukiwaniu chłodu i lodu, nie tyle dla siebie, co lekarstwa. Termometr ten okazał się ciut krótszy niż mój kuchenny, więc powędruję do styropianowego pudełka w głąb plecaka i będzie odmierzał temperaturę leków, które nie mogą być przechowywane powyżej 25 st. C, ale w zerowej temperaturze też nie, więc kostki lodu dawkować trzeba będzie z umiarem, uff. Piszę o tym, bo może ktoś zna prostsze niedrogie rozwiązania. Przekopałam internet w poszukiwaniu pojemników do transportu leków i owszem są małe, dwulitrowe lodóweczki akumulatorowe w cenie zwykłej lodówki, ok. 1200 zł ! Są też termoizolacyjne pokrowce na lekarstwa, mało funkcjonalne w tropikach i cena za malutki woreczek od 100 zł. Może dar googlowania mnie opuścił. Ale co do pakowania, to mnóstwo przydatnych info zaczerpnęłam z netu i wydaje mi się, że żadnej zbędnej rzeczy nie mamy. Starałam się o wielki minimalizm, co w mym przypadku było nie lada trudne i czas pokaże, czy nie wzięłam o jedną koszulkę za dużo, a Art nie przesadził z kabelkami i akumulatorkami.
    Plecaki mamy rozwojowe, tzn. można je powiększyć do 80 l, a póki co 60 l. starcza w zupełności. Za co ogromnie dziękujemy sponsorom Provida i jak nabierzemy cięższych doświadczeń, to po powrocie opiszemy.
      Na koniec jeszcze jedna sprawa ważna, ubezpieczenie. Niepotrzebnie ubolewałam, że nie łapiemy się już na Planetę Młodych, bo to ubezpieczenie ma najlepsze opinie, obejmuje niemal wszystko, co trzeba w podróży i jest na rok w cenie, jakiej nigdzie, nawet za tydzień, się nie uświadczy. Sporo czasu spędziłam na forach i portalach turystycznych zanim dowiedziałam się, że od jakiegoś czasu jest już Planeta starych:), czyli PM Plus. I jak to zwykle w takich razach, mamy nadzieję, że nie będzie trzeba sprawdzać, jak funkcjonuje. Mimo, że daleko nam do  Famów (rodem z Cortazara ), to  za spokój tym razem zapłaciliśmy.




czwartek, 26 stycznia 2017

Jeśli nie Gambia, to co?

      Najtrudniej jest wstać, oderwać się od swej złudnej strefy komfortu i postawić ten pierwszy krok na drodze do swych marzeń. A potem wszystko się samo pięknie toczy niekoniecznie zgodnie z naszymi skrupulatnymi planami, a raczej wręcz na przekór im, ale za to pięknie:) Wciąż wydawało nam się, że nasza droga do Afryki jest za droga (o Azji nawet nie śmieliśmy myśleć), odkładaliśmy te nasze marzenia o dalekich podróżach na potem. Aż tu trafiła się całkiem przyzwoita cena wycieczki objazdowej po Gambii i Senegalu. Nasza  radość zaczęła być wprost proporcjonalna do ilości rzeczy gromadzonych na wyjazd, szczególnie drobiazgów na prezenty dla dzieci, które sukcesywnie wrzucaliśmy do kartonu z napisem: "Gambia szkoła".Gdy ta radość zaczęła nas rozpierać poinformowałam rodzinę o naszych planach, jak zwykle nie podzielano naszego entuzjazmu, wysłuchawszy litanii przestróg:
jak to strasznie jest w tych "dzikich" krajach, jak to jesteśmy nieodpowiedzialni - zabrałam się entuzjastycznie do odkurzenia walizek i rozważania profilaktyki antymalarycznej: malarone czy doksycylina, a może wit. C wystarczy? I wówczas nastąpiło BUM. Wszystkie wycieczki do Gambii odwołane, turyści, którzy są już w Gambii, koczują na lotnisku, by wrócić. Były prezydent, przegrał wybory i nie chce oddać stołka, ogłosił sobie stan wojenny, wojska senegalskie zaczęły się szykować do obrony gambijskiej demokracji, ONZ też. Na drugi dzień dyktator oddał grzecznie stołek. I koniec, cisza. Zdesperowani postanowiliśmy lecieć na własną rękę. Dzwonię do biura z nadzieją, że może chociaż czartery wznowią, ale nic nie wiadomo, kiedy, czy w ogóle. Jednak moje przygnębienie nie trwało długo (porozpaczałam sobie dzionek cały;), a na drugi mnie olśniło. Bowiem, jak się podejmie decyzję o podróży, to się w tej podróży już jest i tylko nie należy zbytnio przywiązywać się do kierunku. Ot cała filozofia pożegnania z Afryką. Trzeba  tylko przepakować bagaże. Postanowiliśmy na dobre pożegnać się z walizkami i zorganizować wyprawę bez biur, z plecakami.
Ale najpierw chciałabym odkurzyć swego bloga i zupełnie zmienić jego kierunek na podróżniczy, muszę spakować do jednej zakładki leki z bożej apteki, receptury na mikstury i kulinarne dopalacze oraz swe rękodzieło. Bowiem potrzeba tu przestrzeni... dosyć późno odkryliśmy z Art-kiem swą misję- po całym świecie, za niewielkie pieniądze, na stare lata, można! Ogranicza nas tylko czas, praca stacjonarna w kraju. A kartonik dla dzieci ma już napis: Sumatra

Tak więc tym razem kierunek Indonezja- Sumatra i może Jawa, a przy sprzyjających okolicznościach Perth w Australii, bo być tak blisko i nie zobaczyć krzyża południa- rozmarzył się Art - bookujący już drugą dobę loty, bo wciąż wynajduje tańsze oferty lub dogodniejsze czasowo. Bardzo wciągające zajęcie, jak na giełdzie. Na temat szukania wiemy już chyba wszystko. Póki co trwa o pakowanie, ale muszę uważać, by nie popaść w zbytni zachwyt, bo znów kierunek nie wypali. A jako filolog już zaczęłam zachwycać się językiem indonezyjskim- bardzo radosnym i prostym, o czym wkrótce.
      
 Na razie