sobota, 1 listopada 2014

Radosne życie Franka, czyli zanim zdecydujecie się na kota

ALBO RACZEJ ZANIM KOT ZDECYDUJE SIĘ NA NAS
Franio w łuszku Teosia

                                                                           







Już wtedy się  rozpychał
                                                                                             









JUŻ WKRÓTCE ZOBACZYCIE, KTO TU RZĄDZI !
Nasz ulubiony fotel ma średnicę 1 metr.
 Wystarczyło raz ustąpić koteczkowi, by się przekonać, jak on szybko się rozrasta (kot, nie fotel) i przywłaszcza sobie najwygodniejsze miejsca.
W przeciwieństwie do nas Franek uważa walkę o fotel za zakończoną.
Siedzisko, w którym normalnie mieszczą się dwie dorosłe osoby okazuje się niewystarczające!
Nigdy nie ma zamiaru  choć odrobinkę się przesunąć.
Choć czasem... może nawet jest mu wstyd ?

CDN


piątek, 31 października 2014

No i w końcu upiekłam palce wiedźmy

       Tyle  różnych pięknych fotek tych paluchów na Halloween widziałam w internecie, ale wszędzie ten sam, identyczny, przepis na ciasto i wg mnie niezbyt dobry, bo proporcje mąki w takim kruchym cieście są za małe, by się nie lepiło do rąk i można było z powodzeniem szybko uformować cienkie paluszki (cieńsze od naszych własnych, bo ciasto wyrośnie). Zmodyfikowałam więc to i owo, również pod kątem 5 przemian, by moje miejscowe potwory miały energetyczną i zdrową przekąskę na ten uroczysty wieczór. Ponieważ czas naglił, nie mogłam pozwolić ciastu zbyt długo leżakować w lodówce (włożyłam je tylko na 15 min.), toteż zmuszona byłam dodać troszkę sody i proszku do pieczenia, wyszły jednak pyszne. Upiorne paluszki zrobiły furorę wśród kościotrupów i innych potworków, które wieczorem przyszły zwyczajowo na żebry, i to nie tylko ze względu na wygląd deserku.Paluchy były jeszcze ciepłe, parował z nich aromat masła, sezamu i paznokci - tj. migdałów, które się pięknie przypiekły. No palce lizać:) Myślę, że będę je robić częściej, bo taki paluch świetnie nadaje się do wygrzebywania konfitury ze słoika, najlepiej smakuje mi z borówkami.
 Do dzieła
Wszystkie podane niżej składniki (oprócz migdałów) zmiksować, zagnieść ciasto i wstawić na minimum 30 minut do lodówki.

Migdały należy wcześniej moczyć w ciepłej wodzie (min. 1 h), by następnie obrać je ze skórki.
Litery symbolizują: D- przemiana drzewa, smak kwaśny, O - p. ognia, smak gorzki, Z- p. ziemi, smak słodki, M- p. metalu, smak ostry, W- p. wody, smak słony.

D: mąka pszenna - 360 g ( ok.3 szklanki), ja dałam połowę pełnoziarnistej,
O: kurkuma - 1/4 łyżeczki
Z:  jajka - 2 szt.
Z:  cukier trzcinowy - 130 g
Z:  masło - 250 g
Z:  opcjonalnie: sezam (najlepiej czarny, uprzednio lekko podprażony) - ćwierć szklanki, ekstrakt waniliowy, migdałowy- parę kropel.
M: imbir lub kardamon - szczypta
W: sól - szczypta, soda-1/4 łyżeczki, proszek do pieczenia- 1/4 łyżeczki
D:  jogurt naturalny- 2 łyżki (można więcej jeżeli jogurt jest gęsty, a ciasto niezbyt miękkie)

     Gdy ciasto się chłodzi, najlepiej by było ono w komorze 0 st.C, obieramy migdały ze skórki i przecinamy wzdłuż na pół, takie cienkie paznokcie lepiej się trzymają.
    Z ciasta formujemy wałeczki cieńsze niż nasze palce, wkładamy po migdale i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Ja zadałam sobie trochę więcej roboty, bo u podstawy palców zrobiłam małe wgłębienie  dodałam tam troszkę konfitury z borówek.  Pieczemy w temp. 200 st. C przez 10 min.
    Po wyjęciu, gdy są jeszcze gorące, możemy przyozdobić paluchy sokiem z jakiejś czerwonej konfitury.                                     Smacznego!

środa, 29 października 2014

Dlaczego jesteśmy coraz głupsi?

                 Dlaczego jesteśmy, jak owieczki na pastwisku? Potulni, naiwni, otępiali? 
                      MY? No tak, bo razem raźniej się wyrazić, a i trudniej się obrazić;)
      Dlaczego mało czytamy, a jeszcze mniej się zastanawiamy? A widać to szczególnie podczas zakupów spożywczych? Można zaobserwować, że większość ludzi zwraca uwagę głównie na cenę, potem na markę, a już mało kto czyta wnikliwie skład produktu. A właśnie tu, w hipermarkecie, powinna panować atmosfera niczym w czytelni lub aptece - powinniśmy robić zakupy w ciszy i skupieniu, bo już tyle mamy chemii w żywności, że jest co studiować.
     Trochę inaczej sytuacja z czytelnictwem przedstawia się w drogerii.Tam owszem- widać wielu czytających ingrediencje. Ale czy jest to czytanie ze zrozumieniem?! Czy znamy tak dobrze łacinę i oznaczenia chemiczne, by rozpoznać niebezpieczne substancje użyte pod bardzo trudnymi do przeczytania nazwami. A jeśli już rozszyfrujemy oznaczenia, to czy zastanawiamy się, czym jest przykładowo Euxyl K 400 lub tak pięknie reklamowany fluorek sodu?!
      Czytanie składu kosmetyków nie jest proste, trzeba sięgnąć do internetu po ściągi. Kiedyś męczyłam się ok. 2 godz., by przetłumaczyć skład mleczka do twarzy, rzekomo naturalnego, hypoalergicznego, polskiej firmy Tołpa i brr ..można się wystraszyć  Tutaj .
      Dlatego w sklepach kosmetycznych powinno być jak w bibliotece, by wypożyczać do domu choćby opis produktu, bo druczek z reguły drobniutki i fotka niewiele da.
        Ale po co  się aż tak zagłębiać w szczegóły? Są ciekawsze lektury od ulotek produktów, przecież istnieją normy dopuszczające...przecież ktoś odpowiada za to, by nie szkodziło zdrowiu, przecież jakoś nikt od tych środków chemicznych nie umiera, ja też się tak głupio łudziłam.
  Dlaczego jesteśmy tacy bezkrytyczni - a ściślej mówiąc - głupi?
Powodem jest m.in FLUOR
     Fluor jest jednym z głównych składników leków psychotropowych. Wzmacnia ich działanie. Dodawany do napojów, wody kranowej, pasty do zębów świetnie się wchłania również przez skórę, nie trzeba go wcale połykać, by być spolegliwym obywatelem i grzecznym klientem, który nie czyta składu produktów i daje zarobić m.in. koncernom farmaceutycznym, regularnie chorując. Toksyczność fluoru jest porównywalna z ołowiem. Na stronie www.oswiecenie.com/fluor.htm możemy przeczytać:
  "Międzynarodowy Uniwersytet na Florydzie opublikował raport, w którym stwierdzono, że roztwór fluorku potasu o stężeniu 0,45 ppm wystarczy, by znacznie spowolnić nasze reakcje sensoryczne i umysłowe. Gdy do popularnego leku uspokajającego Valium dodano fluor, powstał środek o silniejszym działaniu, Rohypnol. Inny, niezwykle silny środek uspokajający z fluorem, Stelazinum, jest używany w domach opieki społecznej i w szpitalach psychia­trycznych na całym świecie. 
Wszyscy wiemy, do czego używa się fluoru - od lat 50. XX wieku jest cudownym składnikiem past do zębów, dzięki któremu możemy rzadziej chodzić do dentysty. Fluor dodaje się też do wody w kranach, by chronił zęby. Taka jest wersja oficjalna. A jak jest naprawdę?
    Po pierwsze - fluor w pastach do zębów chroni zęby u ludzi jedynie do 20. roku życia. l to jedynie wtedy, gdy się go nie przedawku­je. Faktycznie - potrafi wzmocnić szkliwo zę­bów, ale zażywany w zbyt wielkich dawkach może jednocześnie spowodować wiele cho­rób somatycznych i psychicznych.
    Słynne akcje fluoryzowania zębów uczniów szkół podstawowych zaowocowały w Wielkiej Brytanii serią procesów sądowych. Okazało się, że u wielu dzieci doszło do przebarwień szkliwa, zęby stały się łamliwe i chropowate. W1996 ro­ku 10-letni Kevin otrzymał 1000 funtów odszko­dowania od koncernu Colgate Palmolive. zna­nego producenta pasty do zębów. U chłopca stwierdzono fluorozę, czyli zatrucie fluorem.
    A czy fluor naprawdę w znacznym stopniu chroni zęby dzieci przed próchnicą? Eksperty­za przeprowadzona na zlecenie Amerykańskie­go Instytutu Badań Stomatologicznych wyka­zała, że właściwie nie ma różnicy między liczbą ubytków w zębach dzieci mieszkających na te­renach objętych fluoryzacją i na nieobjętych.
    Od początku XX wieku wiedziano, że podawanie ludziom niewielkich dawek fluoru sprawia, że są bardziej ulegli i podatni na manipulacje. Gdy więc podczas II wojny światowej hitlerowcy szukali sposobu, by otumanić więźniów obozów koncentracyjnych, zaczęli podawać im duże dawki fluoru w wodzie pitnej. Produkcję fluoru zlecili koncernowi I.G.Farben z Frankfurtu.
Rodzi się pytanie: skoro tak wielu uznanych naukowców od dziesięcioleci próbuje zainte­resować władze szkodliwością fluoru, to dla­czego nikt nic nie robi? Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, zazwyczaj chodzi o pieniądze, i być może władzę nad ludźmi.


Totalitarna kontrola umysłów

Po zakończeniu wojny do Niemiec przyle­ciał wysłannik rządu USA, Charles Eiliot Perkins, chemik, który miał przyjrzeć się hitlerowskim metodom kontroli umysłów. Odnalazł on dokumenty stwierdzające, że zanim wybuchła wojna niemiecko-radziecka w 1941 roku, oba totalitarne reżimy wymieniały się informacjami na temat sposobu panowania nad masami. "Bolszewicy uznali dodawanie leków do wody jako idealny sposób na skomunizowanie świa­ta" - napisał w raporcie. Fluor, nadawał się do tego celu znakomicie - nie dość, że wywoływał w umysłach pożądane reakcje, to jeszcze można było uzasadnić jego użycie tym, że chroni zęby. Z trucizny zrobiono lekarstwo.

Ale to sami Amerykanie rozpropagowali cudowne właściwości fluoru. Fabryki koncer­nu I.G.Farben jako jedyne nie były bombardowane przez aliantów - pewnie dlatego, że wielu amerykańskich biznesmenów ulokowa­ło tam duże pieniądze, m.in. rodzina Mellonów. Po wojnie Mellonowie założyli Amery­kańskie Przedsiębiorstwo Aluminiowe (ALCOA) - a fluor jest toksycznym odpadem przy produkcji aluminium. Coś z nim trzeba było zrobić. ALCOA oraz inne zakłady produ­kujące fluor sfinansowały badania, z których wynikało, że małe ilości fluoru nie są szkodli­we dla zdrowia. W raporcie całkowicie pomi­nięto szkodliwe skutki oddziaływania tej substancji na organizm i mózg ludzki. Natomiast podkreślono zbawienny wpływ na zęby.

   W latach 40. XX wieku w kilku miastach USA rozpoczęto fluoryzację wody, a kilka firm za­częło dodawać tę substancję do past do zę­bów, i lawina się potoczyła...

Czytaj dalej na http://www.oswiecenie.com/fluor.htm  TU

Taką pastę bez fluoru udało mi się tylko raz znaleźć w markecie (ok.6 zł). Te indyjskie pasty można kupić głównie w aptece (za ok. 10 zł)



 żródło:  http://www.oswiecenie.com/fluor.htm


niedziela, 26 października 2014

Jak zrobić pyszny i długoterminowy krem do twarzy?

      Kosmetyki, szczególnie do twarzy, powinny być jadalne, przeczytałam kiedyś w mądrej książce i to jest święta prawda. Od razu przypomniał mi się żart z dzieciństwa, a raczej głupi kawał, który zrobiłam swej starszej siostrze ciotecznej, której to często robiłam głupie kawały z braku mądrych pomysłów, a to wszystko  z powodu uwielbienia dla jej zacnej osoby- będącej dla mnie, jako nastolatki, autorytetem we wszelkich sprawach życiowych. No czego to człowiek nie zrobi, by zwrócić na siebie uwagę: dodałam do jej twarożku na śniadanie łyżeczkę kremu Nivea. Po pierwszym kęsie stwierdziła, że jakiś dziwny jest ten serek, po drugim się skrzywiła i zaprzestała dalszej konsumpcji i nawet nie podejrzewając mnie o nic spytała, czy mój serek tez jest taki jakiś perfumowany. Odparłam, że owszem, bo twarożek jest zdrowy na cerę. Ale jedynie na podejrzliwym jej spojrzeniu się skończyło. Już wtedy czułam podskórnie, że dobre kosmetyki to te, które można ze smakiem zjeść, a krem Nivea do takich nie należy, o czym musiałyśmy sie osobiście przekonać, tj. siostra osobiście, a ja naocznie i wierzę na słowo. Przepraszam Aniu, jeżeli odbijało Ci się Niveą po tym śniadaniu, ale wiedz, że miałam dobre intencje:)

     Dziś chciałabym podzielić się swym sprawdzonym, i to na samej sobie tym razem, przepisem na dobry krem do twarzy. Sposób jest szybki, prosty, a krem jest  nie tylko dobry w smaku. Jego bazą jest olej kokosowy. Nie będę się tu rozpisywać o niezwykłych właściwościach kokosa i tegoż oleju, wspomnę tylko jako ciekawostkę, że świeże mleczko kokosowe było z powodzeniem używane jako płyn do transfuzji, gdy zabrakło krwi w czasie II wojny światowej, gdyż sok kokosowy jest jednym z najbogatszych źródeł elektrolitów. Zawiera ich więcej niż większość napojów izotonicznych używanych przez sportowców, ma też więcej potasu niż banany. Prawie połowę zawartości oleju kokosowego stanowi kwas laurynowy, ma on silne właściwości antybakteryjne, antywirusowe i antygrzybiczne. Buduje również odporność organizmu i występuje on w naturze w dużych ilościach tylko w orzechu kokosowym i w mleku matki. Ponadto olej kokosowy zawiera naturalne antyoksydanty, które zwalczają wolne rodniki, spowalniając procesy starzenia się skóry, sprawiając jednocześnie, że staje się ona jędrna, elastyczna, nawilżona i wygładzona. Uff, no i rozpisałam się.*

Po co się  bawić w robienie własnego kremu do twarzy?
    Kremy ze sklepu są tak dobrze zakonserwowane, że mogą leżeć miesiącami na półkach (nawet po 2 lata) i nie zepsują się, nic a nic im nie będzie w przeciwieństwie do traktowanej nimi skóry.  Mają też za zadanie szybko się wchłaniać, a więc od razu wchłaniamy niezdrowe konserwanty i nie oszukujmy się, że mogą istnieć w takich kremach jakieś naturalne środki konserwujące! Co z tego, że mają w swym składzie różne  dobroczynne dodatki, jak np. olej argonowy czy olejek jojoba, jak są to śladowe z reguły ilości i to wchłaniane z niechcianymi bonusami, jak np.: syntetyczne przeciwutleniacze, aminy aromatyczne, które oprócz alergii, wywoływały raka u testowanych zwiarząt.** Przecież nie ma żadnej normy określającej, jaką ilość substancji naturalnych musi zawierać kosmetyk, aby nazwać go naturalnym.Toteż wszystkie kosmetyki zawierające choćby wodę można nazwać kosmetykami naturalnymi, co producenci bez zahamowań wykorzystują.

         Krem, który proponuję, jest na samych olejach i nie ma ciężkiej konsystencji!
Wiemy przecież, że w naturze olej i woda same się ze sobą nie łączą i żeby zrobić taki krem, (np. z wodnym wyciągiem z ziół) potrzebny jest jakiś emulgator.Wiąże się to z zagadnieniem równowagi wodno-lipidowej, a temat ten nieco zgłebiłam przy okazji  liposomowania wit. C. Dlatego przymierzam się również do zrobienia kremu z liposomami. Jest sporo naturalnych emulgatorów, by substancja się nam nie rozwarstwiała można użyć np. wosku pszczelego, ale nie będzie to profesjonalna, dobrze wchłanialna konsystencja, po niedługim czasie będzie się rozwarstwiać. Uważam, że najlepszym emulgatorem jest lecytyna, a najlepszym kremem, krem z liposomami, (o właściwościach liposomów można przeczytać np. TU . Mając w domu myjkę ultradźwiękową możemy sobie zliposomować co tylko chcemy:) byleby o dobroczynnym działaniu dla naszej skóry. Przymierzam się do zrobienia liposomalnego kremu z wyciągiem z dziurawca i rumianku oraz z aleosem, a na wiosnę z  płatków dzikiej róży. I jak tylko zrobię pierwszy eksperyment, to dam znać, bez względu na to, czy rezultat będzie pomyślny. Ale teraz...

       Szybki, prosty krem, bez ultradźwięków, bez wody, ale za to tygodniami może stać poza lodówką (u mnie 7 tyg.), dobrze się wchłania i pachnie apetycznie.

Składniki:
1. Olej kokosowy- ok 50 ml (najlepiej własnej roboty!)
2. Sproszkowana dzika róża lub acerola -1/4 łyżeczki
3. OPCJONALNIE: olej z pestek wiśni lub inny (np. silne działanie antybakteryjne i antywirusowe ma olejek z drzewa herbacianego, skutecznie likwiduje zaskórniaki)
    W swym pierwszym kremie pominęłam punkt 3, bo akurat nie miałam swego ulubionego wiśniowego ani z drzewa herbacianego, i też było super: odczułam i zobaczyłam działanie oleju kokosowego i dzikiej róży (która jest też na pękające naczynka krwionośne).
Potrzebne nam będą:
1. Gaza, siteczko,
2. Dobry robot kuchenny lub blender o dużej mocy, czyli taki, by przy najwyższych obrotach mógł pohulać ok. 15 min, oczywiście z małymi przerwami. Przy słabszym sprzęcie trzeba się  uzbroić w cierpliwość, by z wiórek kokosowych powstał olej, więc trzeba robić częste przerwy, by nie spalić silnika. Ale jak ktoś nie posiada super mocnego blendera, to mam też inną wiadomość:
Są wiórki i Wiórki. 
       Niedawno kupiłam świetne wiórki kokosowe w Czechach, w zwykłym hipermarkecie o nazwie Norma , oczywiście bez siarki i żadnych innych dodatków, bo o dziwo nasi sąsiedzi takich dziadostw raczej nie mają. A naprawdę często sie tam zaopatruję  i to w różnych sklepach (mieszkam przy granicy) i jeszcze nie spotkałam się u nich z siarkowanymi. Natomiast w naszej Biedronce nie można uświadczyć innych, jak tylko z siarką. Kiedyś nie przeczytałam i takie kupiłam, po otworzeniu nieopatrznie wsypałam do miksera i dopiero po zmiksowaniu, gdy otworzyłam klapę, poczułam - smród wielki unosił się w całej kuchni. W innych marketach typu Tesco, Kaufland, gdzie jest większy asortyment, trzeba też uważnie wybierać, czytając skład, zanim trafi się na normalne.
     Wiórki z Czech, które od paru miesięcy testuję, robiąc z nich także mleko i bez-cukrowe "słodycze" mają tę właściwość, że "upłynniają" się już po 3 minutach traktowania  wysokimi obrotami ! Wnioskuję zatem, że są świeże, no bo ten kraj to bardziej na południu leży i może maja tam nawet własne plantacje palm kokosowych, a my jak zwykle sto lat za Murzynami! Jeśli nie macie na tyle komfortowego, przygranicznego położenia, co ja, to proponowałabym kupić całego orzecha kokosowego (takiego, w którym jeszcze sok chlupie). Trochę więcej z tym zabawy, ale za to ponad połowę krócej miksujemy albo kupić wiórki w sklepie ze zdrową żywnością, bo tam większość produktów jest właśnie z Czech, więc można trafić na te od Pepików.
     Nie polecam kupować oleju kokosowego, nawet w sklepie ze zdrową żywnością. Tłuszcz kokosowy bardzo rzadko występuje w sprzedaży jako czysty olej tłoczony na zimno, z typowym kokosowym zapachem (dlatego w tej postaci jest bardzo kosztowny). Zresztą rafinowane też tanie nie są (ok. 20 zł za 200 ml), a do twarzy takiego nie potrzebujemy.

Wykonanie:
     1. Wszystkie naczynia wyparzamy i suszymy, by żadna kropla wody nie znalazła się w blenderze lub słoiczku, do którego przełożymy krem.
     2. Blendujemy wiórki z użyciem kopystki, po prostu płaskiej szpatułki, czyli co jakiś czas, najlepiej co minutę, zatrzymujemy urządzenie, by zgarnąć to, co osiądzie na ściankach i dnie naczynia, w którym miksujemy. Proces upłynniania wiórków trwa od 3 do 30 min. w zależności szybkości obrotów blendera i jakości wiórek, jak już wyżej wspomniałam. Mimo że mam dobrą maszynę mielącą na pył wszystko w parę sekund, to męczyłam się kiedyś pół godziny z jakimiś starymi wiórkami. Proszę się nie zrażać, na pewno po jakimś czasie powstanie oleista płynna masa, potem wystarczy jeszcze jakieś 2 minutki już bez kopystki.
    3. Gdy już powstanie olej lub masło kokosowe (różnie jest nazywane), to przecedzamy przez dwukrotnie złożoną gazę. Gazę układamy na sitku, przekładamy do niej naszą oleistą pulpę, skręcamy gazę i wyciskamy olej nad wyparzonym wcześniej naczyniem. Wytłoczyn nie wyrzucamy, mogą się przydać jako pilling lub możemy je wysuszyć piekarniku i powstanie mąka kokosowa, używana jako dodatek do ciast, deserów lub zagęszczania potraw. Możemy proces wyciskania powtórzyć lub podzielić masę kokosową to na dwie porcje, by było dokładniej, ja aż tak się nie przykładałam. Z 200 g wiórków wyszło mi ok. 50 ml oleju i zadowoliłam się tym w zupełności, z moich wytłoczyn pewnie wycisnęło by się jeszcze sporo, ale nie wolno mi ostatnio nadwyrężać rąk:) 
   4. Olej kokosowy przelewamy do słoiczka, dodajemy parę kropli ulubionego oleju lub tak jak ja - wiśniowego i 1/4 łyżeczki sproszkowanej dzikiej róży. Dobrze wymieszać, zakręcić i gotowe.

     Olej kokosowy, podobnie jak masło shea (które też może posłużyć za bazę kremu) może być trzymany w temperaturze pokojowej, natomiast pozostałe składniki na dłuższą metę nie za bardzo, ale występują tu akurat w takich proporcjach, że dobrze się" konserwują" w kokosie. Miałam ten krem w upalne dni w podróżach i mam jeszcze resztkę, nadal pachnie ładnie i wygląda tak samo, więc go używam i dobrze mi służy.
    Pewnie nie ja jedna zastanawiam się, dlaczego olej kokosowy nazwany jest olejem, skoro jego konsystencja w temperaturze pokojowej nie jest płynna, jest twardy jak zmrożone masło. Powyżej temperatury 25 st. C nabiera on dopiero konsystencji miękkiego masła, a olejem staje się dopiero po podgrzaniu. Dlatego w temperaturze pokojowej trudno go od razu rozsmarować, toteż przed użyciem ogrzewamy go, np. w dłoniach, nabierając niewielką ilość patyczkiem lub rozgrzaną wcześniej w gorącej wodzie z kranu łyżeczką. Ale ja przestałam się patyczkować i wsadzałam cały słoiczek pod gorącą wodę i nadal krem się nie zepsuł, a muszę go wykończyć, by ruszyć z produkcją innego, np. liposomowanego. 
     Mam nadzieję, że zainspirowałam Was do produkcji własnych kremów i może ktoś podzieli się swoimi doświadczeniami.  Dajcie znać, wiem że mam mało wyeksponowane komentarze, ale ten blog jest jeszcze malutki.

Żródła:
* http://www.naturaity.pl/artykul/291,kokos-i-olejek-kokosowy.html
** http://www.jaworek.net/kosmetyki/czarne_owce.php

piątek, 24 października 2014

Proste sposoby na naukę, pamięć, koncentrację i nudę

     
       Całe życie się uczymy, a niektórzy, tak jak ja, w dalszym ciągu chodzą do szkoły, tylko niestety już nie w charakterze ucznia. Rola ucznia, mimo że równie trudna, jak nauczyciela, bardziej mi odpowiadała, bo co tu dużo kryć, środowisko nauczycielskie... nie jest tak wdzięczne i skore do psot i radości, mówiąc oględnie:) Zresztą, nie lubię uogólnień, każde generalizowanie na temat środowisk uczniowskich, nauczycielskich, lekarskich itd. bywa krzywdzące. Psoty uczniów nie zawsze bywają niewinne i radosne (jak w historii z kubłem na śmieci, założonym na nauczycielską głowę). U mnie w szkole dzieci są raczej grzeczne, toteż zastanawiałam się, czy blokady na poręczach przy schodach założone są dla nich, czy dla mnie, bym nie zjeżdżała, bo mam takie zapędy. Zastanawiałam się też, czy moje nastoletnie dziecko, dlatego nie lubi się uczyć, że gdzieś tam podświadomie zakodowało sobie, że może skończyć tak jak ja: czyli non stop w szkole i to za marną pensję (kto ma w rodzinie nauczycieli, to wie, o czym mówię!), ale co do mej nieuczącej się latorośli, to pewnie pochopne wnioski wyciągam. Bowiem dzieci najlepiej wiedzą, co chciałyby w życiu robić, tylko potem zapominają i jak w porę sobie tego jako dorośli nie przypomną, to klapa. A ja mam dowód w postaci nagrania.  I to jakiego, cóż za opatrzność losu! Kiedyś, tak na pamiątkę, nagrywałam naszą rozmowę z synem przedszkolakiem i padło standardowe pytanie: Kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz? Przy takich odpowiedziach rodzicom z reguły wyostrza się słuch, a moje uszy stanęły dęba, gdy usłyszałam odpowiedź wypowiedzianą powoli, w skupieniem i z powagą : KLAUNEM. 
- Dlaczego klaunem? Spytałam zdziwiona.
- Bo "klaunowie" żonglują - odparło dziecko i zaraz dodało z zapałem: - Ja też chcę żonglować! Hm... pomyślałam, że to ciekawe zajęcie, cokolwiek to znaczy. Wówczas nie przyszło mi do głowy, żeby traktować to dosłownie, nie sądziłam, że żonglowanie jest tak ważne i to nie tylko w dalekiej przyszłości, ale dla teraźniejszego jego rozwoju! No i kto by przypuszczał, że sama będę mu wtykać w ręce piłeczki, by żonglował w czasie odrabiania lekcji i przygotowywania się do klasówek. Nic też nie zapowiadało, że ten żądny wiedzy przedszkolak, płynnie czytający, będzie w szkole takim lawirantem - zdolnym na milion sposobów odwrócić naszą uwagę, by zataić prace domowe, sprawdziany i złe oceny. Tak więc mam w domu Klauna! I nie trzeba było długo czekać, do dorosłości jeszcze mu sporo lat zostało, ale mam przy tym nadzieję, że do tej pory nauczy się dobrze żonglować. Trudno czasem poważnie traktować to, co mówią małe dzieci, a jednak: Dzieci wiedzą lepiej:)!
             Jeżeli podobnie jak ja, macie w domu Klauna, to od razu każcie mu żonglować.
       Wiele jest "ćwiczeń gimnastyki mózgu", wszystkie ruchy naprzemienne, np. rowerek, leniwe ósemki, ale nic tak szybko, jak żonglowanie, nie powoduje koncentracji i nie synchronizuje półkul mózgowych, bowiem w ruchy naprzemienne rąk zaangażowana jest percepcja wzrokowa, a ćwicząc refleks wzmagamy koncentrację. To nic, że na początku nie wychodzi. Liczy się samo działanie i skupienie uwagi. Z czasem zamiast podążać wzrokiem za piłeczką uciekająca po podłodze, będziemy coraz częściej śledzić jej ruchy w powietrzu i odnosić sukcesy, nie tylko w dziedzinie sprawności fizycznej. To metoda stara jak świat, wystarczy systematycznie ćwiczyć. Najlepiej czymś miękkim, z braku odpowiednich piłeczek możemy posłużyć się skulkowanymi skarpetkami. Uważam, że żonglowanie powinno być obowiązkowe w szkołach i to przed każdą lekcją, a nawet w jej trakcie!
        Toteż pożonglowałam  trochę i przypomniałam sobie, że najlepsze do żonglerki, to byłyby orzechy włoskie, ale bez łupiny, tak, by trafiać nimi prosto do buzi;) A zanim je zjemy należy przyjrzeć się temu miniaturowemu modelowi ludzkiego mózgu, mądra Natura już jego wyglądem sugeruje, na co orzech ten jest dobry.
      Wszystkie orzechy są zdrowe, ale bogactwem składników mineralnych włoskie biją na głowę orzechy laskowe. Jeśli chodzi o kaloryczność, to włoskie też są rekordzistami: 100 g to 645 kcl. Ale zamiast pustych kalorii mamy tu pełnowartościowe białko. Dzięki dużej ilości fosforu doskonale wpływają na sprawność procesów myślowych. Na pracę mózgu korzystny wpływ maja  tu także miedź i mangan oraz kwas linolenowy, z którego organizm produkuje kwasy omega- 3, będące jednym z głównych "budulców" komórek mózgowych. Wystarczy niewiele: 5-6 orzechów zjeść codziennie.
       Ponadto  dla pracy mózgu ważne jest dotlenienie i odpowiednia temperatura. Nasz mózg podobnie jak komputer szybciej pracuje w chłodzie. jeśli uczniowie/studenci ziewają, to nie koniecznie znaczy, że chce im się spać i to z nudów. Ziewamy także dla ochłody, dla termoregulacji organizmu. Niedawno ogłoszono pierwsze wyniki badań potwierdzających chłodzący efekt ziewania u szczurów. U człowieka jest podobnie. Mechanizm ten prawdopodobnie wykorzystuje dwa zjawiska, przyspieszenie obiegu krwi związane z napięciem mięśni szczęki i wymianę ciepła z wdychanym chłodniejszym powietrzem. Zatem dbając o kondycję mózgu, również ziewajmy sobie do woli.







Źodła:

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/orzechy-wloskie-duzo-kalorii-ale-samo-zdrowie-wlasciwosci-odzywcze_37185.html

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/nauka/news-ziewamy-dla-ochlody-mozgu,nId,360596#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

czwartek, 23 października 2014

Co jeszcze na dobry sen?

 Nie tylko dla zmarzluchów

         Dobrze wpływa zjedzenie banana, a już najlepiej, i to bez względu na porę roku, sok wiśniowy. A jeżeli musimy się szybko wyspać, to za rewelacyjny uważam olej z pestek wiśni. Niestety dosyć drogi (ok. 28-30 zł 200 ml) i nie zawsze dostępny w ekologicznych sklepach stacjonarnych, a pomagał zawsze, ma silniejsze działanie niż sok z wiśni (o którym możecie przeczytać niżej), a jest także pyszny, toteż piłam go z gwinta bez popitki :) i może dlatego oprócz kamiennego snu zauważyłam inne jego właściwości, ale o tym w nowym wpisie.
       Póki w mych okolicznych sklepach nie ma go nawet na lekarstwo i póki jest cudownie chłodno ;) delektuję się swym rozgrzewającym kompocikiem.
      Według ostatnich brytyjskich badań, sok z wiśni może mieć zadziwiające właściwości dla naszego snu. Zawiera melatoninę, a więc zwiększa naturalne poziomy tego wydzielanego w nocy hormonu, który reguluje biologiczne rytmy organizmu.Sok wiśniowy zwiększa  i jakość, i długość snu.
      Zespół badaczy ze School of Life Sciences obserwował sen uczestników eksperymentu, dzięki zastosowaniu specjalnych czujników. Naukowcy stwierdzili, ze ludzie pijący sok wiśniowy doznali poprawy długości snu od 25 minut średnio. A jakośc tego snu poprawiła się o 6%.
   To, co jest interesujące w tych pracach, to fakt, że melatonina zawarta w soku wiśniowym jest wystarczająca, żeby wywrzeć dobre działanie na sen, komentuje doktor Jason Ellis, dyrektor centre for Sleep Research przy School of Life Sciences, cytowany przez Daily Mail.***

Afirmacje
      No skoro zadbaliśmy o ciało przed snem, to co zrobić z często niespokojnym, przeładowanym informacjami, bezustannie gadającym umysłem. Wiadomo, że początkowo gonitwa myśli będzie tym bardziej natrętna, im szybciej będziemy chcieli się jej pozbyć. Toteż ustalamy, kto tu jest szefem, przyglądamy się myślom swym z pozycji biernego, zdystansowanego, ale akceptującego widza, i te, które przypominają nam np. o jakichś niewykonanych zadaniach, przesuwamy na półkę z obiecującym napisem:"JUTRO", a zatrzymujemy na chwilę te mówiące o pięknym dniu, zdarzeniu, o tym, co fajnego udało nam się zrobić i to najlepiej w sferze drobiazgów, aby znów  nie zatrzymywać się na wspaniałych przełomowych wydarzeniach z naszego życia, bo z kolei popadniemy w ekscytację i z wyciszenia nici. Nawet jeśli dzień był wyjątkowo beznadziejny, to gdy nastawimy się na "Tak", że tak np. miało być, na pewno znajdziemy coś pozytywnego. Można wypracować sobie jakieś własne metody lub parafrazując "Dzieci z Bullerbyn",  stwierdzać: "Fuj, jak słońce obrzydliwie świeci. Och, jakie piękne tumany kurzu na drodze!
     Z afirmacją wieczorną też trzeba ostrożnie. Dobrze jest przed snem powiedzieć sobie, jaka/jaki jestem wspaniały, jaki mam mądry organizm, udało mi się przełamać leniwy zastój i tyle rzeczy dziś zrobiłam i...-  i tu często dopada nas zbawienna dla samozachwytu myśl - no i nikt tego nawet nie zauważył! :) Myśl zbawienna, bo zauważyć miał ten, na którym powinno Ci najbardziej zależeć: TY sam.

    Już wkrótce, może nawet jutro, zapraszam na pyszną i zdrową  jesienną kawę. Stawia na nogi jak mało co, a jak smakuje! Musicie spróbować.

Źródła:
*Ewa Dobek; Rób co chcesz tylko gotuj, s. 80
**/źródło:biomedical.pl/
***http://akupresura.akcjasos.pl/content/view/120/46/


Kawa z pietruszką na sympozjum wiedźm niskopiennych

     Nie lubię kawy z cytryną, nawet 2 krople zakłócają mi jej smak. A większość zdrowych przepisów, czyli z kuchni 5 przemian, właśnie taką kawę proponuje, by zachować pełny obieg żywiołów. No bo co dodać z  kwaśnej przemiany Drzewa? Zastanawiałam się nad octem balsamicznym lub jabłkowym, nie mają tak silnego aromatu, jak cytrus, ale są równie kwaśne i wydaje mi się, że nawet minimalna ilość zburzy harmonię kawowatości. Jeżeli zaczynamy od elementu Ognia, czyli gorzkiego, jakim jest kawa, dodajemy potem coś słodkiego (przemiana Ziemi), następnie smak ostry (Metal),  to obieg kończymy na Drzewie (kwaśny), ale nie cytrynowym, nie sięgałam wysoko, pomocne okazały się me rodzime korzenie- nać pietruszki:) Świeża natka, należąca do kwaśnej przemiany, świetnie spisuje się w kawie: podkreśla jej smak, ale nie jest wyczuwalna. Spróbujecie sami. 
      Na sympozjum wiedźm niskopiennych w Górach Izerskich dodałam odważnie 5 sporych gałązek natki do kotła z czterema szklankami kawy i efekt przerósł moje nieśmiałe oczekiwania, kawa zrobiła furorę.

 KAWA Z NATKĄ
proporcje na 2 kawy

O Zagotować wodę
wsypać odpowiednią ilość kawy (powoli, na małym ogniu, mieszając, bo kipi), ja daję 4 czubate łyżeczki na 2 szklanki wody.
Z cynamon 1/4 łyżeczki,
 cukier trzcinowy lub ksylitol wedle upodobań, jeśli ktoś nie słodzi, to szczypta,
M  goździki - 3 szt., imbir szczypta, kardamon szczypta
W sól szczypta
D natka pietruszki 1-2 gałązki.
Przecedzamy przez sitko lub filtr i gotowe.

    Nie lubię także gorzkiej kawy, a w tej dałam bardzo małą ilość cukru, był niewyczuwalny, a mimo to smakowała mi bez dosładzania. No to teraz już wszystko lubię:)

środa, 22 października 2014

Cebula w literaturze pięknej

   Krojąc cebulę, wspominam często wielkie dzieła literatury światowej, w których to warzywo odgrywa niebagatelna rolę i od  razu lepiej mi idzie. Jestem pod wielkim wrażeniem książki: "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel. Jest to lektura nie tylko dla pasjonatów egzotycznej kuchni, ale dla smakoszy realizmu magicznego. Tak w wielkim skrócie powiedziałbym, że  każdy przepis kulinarny jest tam receptą na życie bądź jest skutkiem perypetii życiowych głównej bohaterki, która jest artystką w kuchni. Jej wyczyny kulinarne są powodem radości i lekiem na całe zło, które ją spotyka. Nie chodzi tu bynajmniej o jedzenie, ale o tworzenie. Bo to pierwsze czasem bywa katastrofalne w skutkach. Spożycie tortu weselnego, przyrządzanego przez nią w wielkim żalu, a to z powodu ślubu jej ukochanego z jej siostrą, wywołuje u gości sensacje i to nie tyle żołądkowe, co emocjonalne, wszyscy zaczynają tonąć we łzach, a ten zbiorowy lament kończy się zbiorowym wymiotowaniem. Co prawda  cebula akurat nie ma z tym tortem nic wspólnego, ale to warzywo odgrywa główną rolę przy narodzinach bohaterki tej cudownej książki i towarzyszy jej przez całe życie jako wyzwalacz olbrzymich ilości łez.
    Cebula jako wyzwalacz łez, jako  oryginalny katalizator w relacjach międzyludzkich, mający za zadanie, by tak rzec: upłynnić emocje, występuje w "Blaszanym bębenku" Guntera Grassa. Wyobraźcie sobie taką knajpę, gdzie serwuje się jedynie cebule i to surowe, podane na deseczce do krojenia, bo klient ma za zadanie sam sobie je pokroić. Och, jak przydałby się czasem taki terapeutyczny lokal. Zanim napiszę monografię na temat cebuli w literaturze pięknej, przytoczę choć fragment o tej niezwykłej knajpie.

"Ledwie „Piwnica Pod Cebulą” zapełniała się gośćmi - choćby do połowy - Schmuh, właściciel, wkładał szal. Ów szal, z kobaltowo - niebieskiego jedwabiu, był zadrukowany, specjalnie zadrukowany, a wspominam o nim dlatego, że wkładanie szala miało znaczenie. Drukowany wzór przedstawiał złotożółte cebule. Dopiero gdy Schmuh wkładał szal, można było uznać lokal „Pod Cebulą” za otwarty. Goście: przedsiębiorcy, lekarze, adwokaci, artyści, między inny­mi aktorzy, dziennikarze, ludzie z filmu, znani sportowcy, także wyżsi urzędnicy magistratu i rządu krajowego, krótko mówiąc: wszyscy, którzy nazywają się dziś intelektualistami, siedzieli z żonami, przy­jaciółkami, sekretarkami, dziewczynkami, również z przyjaciółkami rodzaju męskiego na zgrzebnych poduszkach i póki Schmuh nie wło­żył szala w złotożółte cebule, rozmawiali półgłosem, raczej mozol­nie, niemal posępnie. Próbowano nawiązać dialog, bez powodzenia jednak, mimo najlepszych chęci mijano się z właściwymi problema­mi, chciano ulżyć sobie, pozbyć się ciężaru, wyłożyć bez ogródek, co leży na sercu, prosto z mostu, nie oglądając się na nic, pokazać całą prawdę, nagiego człowieka - ale na próżno. Tu i ówdzie ryso­wały się kontury złamanej kariery, rozbitego małżeństwa. Ten pan o potężnej mądrej głowie i miękkich, niemal pełnych gracji dłoniach ma, zdaje się, kłopoty z synem, któremu nie odpowiada przeszłość ojca. Obie panie w nurkach, nawet w karbidowym świetle wyglądają korzystnie, straciły podobno wiarę; otwartą sprawą pozostaje tylko: w co. Nic jeszcze nie wiemy o przeszłości pana o potężnej głowie, nie mówi się też, jakich to kłopotów syn, z powodu przeszłości, przy­sparza ojcu; jest tak - proszę wybaczyć Oskarowi porównanie - jak przed złożeniem jajka: wyciska się i wyciska...
W „Piwnicy Pod Cebulą” tak długo bez powodzenia wyciskano, aż pojawiał się na krótko knajpiarz Schmuh w specjalnym szalu, przyj­mował z podziękowaniem ogólne radosne „O!”, potem znikał na kil­ka minut za zasłoną w głębi lokalu, gdzie mieściły się toalety i maga­zyn, i znów wracał.
Czemu jednak, gdy knajpiarz ponownie ukazuje się gościom, wita go jeszcze radośniejsze, ulgą podszyte „O!”? Oto właściciel dobrze prosperującego nocnego lokalu znika za zasłoną, bierze coś z maga­zynu, wykłóca się półgłosem z klozetową babką, która siedzi tam i czyta jakieś ilustrowane pismo, i wychodzi zza zasłony, a wszyscy witają go jak zbawcę, jak wspaniałego cudotwórcę.
Schmuh wkraczał między gości z koszyczkiem pod pachą. Ów koszyczek przykryty był serwetką w niebiesko - żółtą kratę. Na ser­wecie leżały drewniane deszczułki o świńskich i rybich profilach. Te wyszorowane czyściutko deszczułki knajpiarz Schmuh rozdawał gościom. Udawały mu się przy tym ukłony i komplementy, które świadczyły, że młodość spędził w Budapeszcie i Wiedniu; uśmiech Schmuha przypominał uśmiech na owej kopii, którą namalowano podług kopii rzekomo autentycznej Mony Lisy.
Goście natomiast przyjmowali deszczułki z poważną miną. Nie­którzy zamieniali się. Jedni lubili profil świni, inni, albo - jeśli cho­dziło o panie - inne od pospolitej świni domowej wolały bardziej tajemniczą rybę. Obwąchiwali deszczułki, przesuwali to tu, to tam, a knajpiarz Schmuh, obsłużywszy również gości na galerii, czekał, aż każda deszczułka zastygnie w bezruchu.
Potem - a czekały na to wszystkie serca — potem, niby kuglarz, zdejmował serwetkę: koszyk przykryty był jeszcze drugą, na której leżały, nierozpoznawalne na pierwszy rzut oka, kuchenne noże.
I znów, jak przedtem z deszczułkami, Schmuh ruszał w obchód z nożami. Tym razem jednak uwijał się szybciej, wzmagał owo na­pięcie, które pozwalało mu podnosić ceny, nie sypał już komplemen­tami, nie dopuszczał do zamiany kuchennych noży, jego ruchy na­bierały pewnego, dobrze odmierzonego przyspieszenia. - Do biegu, gotowi, hop! - wołał, zrywał serwetkę z koszyka, sięgał do środka, rozdzielał, rozdawał, rozrzucał między lud, był dobrotliwym dawcą, zaopatrywał swoich gości, dawał im cebule, takie same, jakie wi­działo się, złotożółte i lekko stylizowane, na jego szalu, cebule po­spolitego gatunku, zwyczajne bulwy, nie jakieś tam szlachetne od­miany, cebule, jakie kupuje pani domu, cebule, jakie sprzedaje straganiarka, cebule, jakie sadzi i zbiera chłop, chłopka czy służąca, cebule, jakie widzi się mniej lub bardziej wiernie odmalowane na martwych naturach holenderskich miniaturzystów, takie i podobne cebule rozdzielał knajpiarz Schmuh między swoich gości, aż wszy­scy mieli cebule, aż słyszało się tylko buzowanie ognia w żelaznych piecykach i śpiew karbidowych lamp. Tak cicho robiło się po wiel­kim rozdawaniu cebuli - a Ferdynand Schmuh wołał: „Bardzo pro­szę, moi państwo!”, zarzucał koniec szala na lewe ramię, jak to robią narciarze przed zjazdem, i w ten sposób dawał sygnał.
      Obierano cebule. Mówią, że cebula ma siedem łupin. Panie i panowie obierali cebule kuchennymi nożami. Zdzierali pierwszą, trze­cią, jasną, złotożółta, rdzawą, a raczej cebulastą łupinę, obierali, aż cebula robiła się szklista, zielona, biaława, wilgotna, lepka, wodni­sta, zaczynała pachnąć, pachnąć cebulą, a potem krajali je, jak się kraje cebule, krajali zręcznie lub niezręcznie na deszczułkach, które miały świńskie i rybie profile, krajali w tę lub tamtą stronę, a sok tryskał albo rozpływał się w powietrzu - starsi panowie, którzy nie umieli obchodzić się z kuchennymi nożami, musieli uważać, żeby nie zaciąć się w palec; niektórzy jednak zacinali się i nie zwracali na to uwagi - za to panie radziły sobie dużo lepiej, nie wszystkie, ale te, które prowadziły dom, wiedziały przecież, jak się kraje cebulę, na przykład do przysmażanych ziemniaków albo do wątróbki z jabł­kiem i cebulą; lecz u Schmuha nie było ani jednego, ani drugiego, w ogóle nie było nic do jedzenia, a jeśli ktoś chciał zjeść, to musiał iść gdzie indziej, „Pod Rybkę”, nie „Pod Cebulę”, bo tam tylko kra­jało się cebulę. Czemu to przypisać? Temu, że lokal tak się nazywał, a przede wszystkim temu, że cebula, krajana cebula, kiedy przyjrzeć się dokładnie... nie, goście Schmuha nic już nie widzieli, a przynaj­mniej kilku nic już nie widziało, łzy cisnęły się im do oczu, nie dlate­go jednak, że serca mieli przepełnione; wcale bowiem nie jest powiedziane, że przy przepełnionym sercu łzy od razu muszą cisnąć się do oczu, niektórym nigdy się to nie zdarza, zwłaszcza w ostatnim albo minionym dziesięcioleciu, toteż nasz wiek zostanie kiedyś na­zwany wiekiem bez łez, choć tyle wszędzie cierpień - i właśnie z powodu tej niezdolności do płaczu ludzie, którzy mogli sobie na to pozwolić, szli do „Piwnicy Pod Cebulą”, brali od knajpiarza deszczułkę - w kształcie świni lub ryby - i kuchenny nóż za osiemdziesiąt fenigów oraz pospolitą polno - ogrodowo - kuchenną cebulę za dwanaście marek, krajali ją coraz drobniej, póki sok nie wywołał, czego nie wywołał? Póki nie wywołał tego, czego nie wywołał świat i jego cierpienia: okrągłych ludzkich łez. Tam się płakało. Tam na­reszcie znów się płakało. Porządnie, niepohamowanie, swobodnie. Tam ciekły i płynęły strumienie. Tam lał deszcz. Tam opadała rosa." G. Grass: Trylogia Gdańska: Blaszany bębenek, wyd. Oskar s. 447

Nasenny kompocik jesienny


        Kompocik nasenny na jesienne chłody to mój najnowszy eksperyment, zastanawiałam się czy nie nazwać go ognistym, tak mocno grzeje, toteż nie dla wszystkich jest on wskazany jako nasenny. Jest to przepis dedykowany tym, którzy często mają zimne dłonie i stopy. Jeśli zdarzało się Wam czasem spać w skarpetkach  i to nie z powodu lenistwa, tylko zimna w tej tylko części kończyn, a reszta ciała w niczym Wam nie dokuczała, to ten kompocik  Gorąco polecam.

           Gdzie kupić prawdziwe suszone śliwki, najlepiej węgierki, a jeszcze lepiej wędzone? Od 3 lat zadaję sobie to pytanie, bo mieszkam w turystycznej miejscowości, gdzie wszystkie warzywniaki zmieniono na sklepy pamiątkowe.  Jeśli turysta ma taką fanaberię, by kupować zieleninę, to są dyskonty spożywcze typu Biedronka. A miejscowi, no cóż...nie uszanowali ostatniego bezkonkurencyjnego warzywniaka i mówili na niego - zgodnie z faktycznym stanem towaru -Zgniłek, więc też się przebranżowił, na sztukę rękodzielniczą. A szkoda, bo można tam było dostać produkty także nieprzegniłe, o bardzo długim terminie ważności, jak owoce suszone, polskie, niesiarkowane,  na wagę!  Aromat tak deficytowych dziś węgierek czuć było już od progu sklepu.W tym roku zapobiegawczo sama sobie ususzyłam trochę śliwek, ale taką metodą z piekarnika, to ciężko o jakąś porządną ilość, wyszły mi... trzy garście, czyli na jakieś 3 kompociki:(
      Kompot z suszu to mój  ulubiony, jego zapach zawsze  kojarzy mi się z dzieciństwem i atmosferą Wigilii. Ale ten, który proponuję na chłodne wieczory, ma być inny, nieco mniej świąteczny, nie żebym miała coś przeciw codziennemu świętowaniu, ale chodzi o to, by pod jego wpływem nie wypatrywać pierwszej gwiazdki, tylko grzecznie, spokojnie zasnąć. Jest to napój bardzo aromatyczny i rozgrzewający, przypominający grzańca galicyjskiego, lecz bez alkoholu, ale to wcale nie znaczy, że wszyscy mogą go sobie  przed snem pić!:)
        Dla osób z nadmiarem gorąca jest on absolutnie niewskazany w porze wieczornej, bo byłby raczej kompocikiem na bezsenność.           
                                                         A jaki jest twój wewnętrzny ogień?
      "Jeśli nasz wewnętrzny Ogień pali się równym  i mocnym płomieniem, stajemy się magnetyczni - naturalnie i bez wysiłku przyciągamy do siebie wszystko, czego potrzebujemy.
   Przemiana Ognia wnosi do naszego życia miłość, akceptację i zrozumienie. Dostraja umysł do duszy. Otwarte serce rozszerza świadomość, roznieca wiarę we własne siły i w dobra przyszłość. Ludzie z mocnym Ogniem wewnętrznym to wizjonerzy, którzy potrafią poderwać do działania tłumy i zarazić entuzjazmem największych malkontentów.
   Jeśli wewnętrzny Ogień staje się zbyt mocny, w naszym życiu pojawia się nadmiar i wpadamy w błędne koło hiperaktywności. Z tym nadmiarem przychodzi wewnętrzne gorąco; zbyt duży płomień wypala nas od środka. Z kolei zbyt słaby Ogień gasi nadzieję i chęć do działania". *

Objawy nadmiaru gorąca, to m. in.: 
Pobudzenie, pocenie się spowodowane zwiększonym metabolizmem, zaczerwienienie twarzy, szyi i oczu. Stan gorąca często objawia się pragnieniem, suchością, trudnościami w wypróżnianiu się; niechęcią do gorących napojów i ciepłego klimatu.
Gorąco wzmacniają np.:
Ostre potrawy, niektóre witaminy z grupy B, hormony tarczycy, cukier, kawa, kakao, kurkuma, szafran itd.

ZIMNO powoduje szybkie schodzenie energii w dół i najbardziej szkodzi nerkom. Nerki to jedyny organ, którego nie da się przegrzać.Jedzenie, które zostało zamrożone, a poprzez to ochłodzone, posiada zimną naturę, nawet po podgrzaniu. Przedłużający się stres, choroby, niewłaściwe odżywianie, długotrwałe przebywanie w chłodzie lub spożywanie zimnych pokarmów prowadzą do zużycia jang. Leki takie, jak: antybiotyki i aspiryna mają zimną naturę. Sprawne funkcjonowanie żołądka zależy od mocy Ognia. Wielokrotne podawanie antybiotyków dzieciom upośledza ich wrażliwy i nie do końca rozwinięty układ trawienny, co staje się przyczyną rozmaitych dolegliwości również w życiu dorosłym: najczęściej osłabiony jest system immunologiczny, co objawia się alergiami, astmą, zapaleniem jelita grubego, artretyzmem itd.
   U osób z nadmiarem zimna oprócz niechęci do zimnych potraw, występuje apatia, osłabienie, ból kolan i dolnej części pleców. Częstym syndromem nadmiaru zimna szczególnie u dzieci - i nie chodzi tu o chłód panujący w atmosferze, tylko o niewłaściwą przemianę wody w związku przyjmowaniem niektórych leków i potraw- jest niechęć do owoców.**

Nasenny kompocik jesienny 
Przepis na dwie porcje. Po dodaniu każdego ze składników zamieszać (najlepiej drewnianą łyżką).

Więcej objaśnień poniższych skrótów oznaczających 5 przemian: żywiołów/smaków zamieściłam przy okazji innych przepisów Tutaj i Tutaj

O (Ogień) zagotować  2 i 1/2 szkl. wody,
O szczypta  kurkumy  (ok. 1/4  łyżeczki),
O śliwki ciemne, najlepiej węgierki, 5-6 sztuk*
Z (Ziemia) cukier trzcinowy, syrop klonowy (lub inny) - ok. 3 łyżeczki
Z  cynamon - pół łyżeczki
M (Metal) świeży imbir -2 plasterki (może być suszony- ok. 1/4 łyżeczki) goździki - 5 sztuk, kardamon - 1 szt.(lub 1/4 łyżeczki mielonego)
M ziele angielskie lub jałowiec- 3 szt., tymianek- szczypta, gałka muszkatołowa - szczypta
W (Woda) szczypta soli,
D (Drzewo) melisa-  3 listki świeżej lub płaska łyżeczka suszonej albo suszony hibiskus

Gotujemy 10 minut i robimy jeszcze jeden obieg:

O szczypta rozmarynu, pół łyżeczki gorczycy
Z można dosłodzić syropem albo dodać parę rodzynek lub odrobinę lukrecji lub jeszcze szczyptę cynamonu ( ten ostatni to dla zachowania obiegu, jeśli nie potrzebujemy więcej słodzić)
M chili - szczypta
W woda - parę łyżek, ilość wody zależy od rodzaju śliwek, jeśli mikstura wydaje się nam  zbyt esencjonalna, np. śliwki szybko napęcznieją. Trzeba próbować.
D suszony hibiskus - płaska łyżeczka lub w zastępstwie: 2 krople soku z cytryny lub parę kropli octu jabłkowego ( takiego z domowej fermentacji:)
    Chwilkę jeszcze gotujemy. Odstawiamy kompocik na  kilkanaście minut, by lekko przestygł i odcedzamy przez sitko. Z kubkiem  takiego ciepłego eliksiru udajemy się do łóżeczka.Wypijamy, powtarzamy sobie parę afirmacji i śpimy. Mikstura ta naprawdę silnie rozgrzewa i jeśli od razu nie położymy się po jej wypiciu spać, to może pobudzić nas do twórczego radosnego działania:)

*Jeśli nie mamy ciemnych śliwek suszonych, to można zastąpić je innymi suszonymi owocami, byle nie konserwowanymi siarką.


Co jeszcze na dobry sen i nie tylko dla zmarzluchów?
CZYTAJ DALEJ 


poniedziałek, 20 października 2014

Kawa z pietruszką na sympozjum wiedźm niskopiennych

      Nie lubię kawy z cytryną, nawet 2 krople zakłócają mi jej smak. A większość zdrowych przepisów, czyli z kuchni 5 przemian, właśnie taką proponuje, by zachować pełny obieg. No bo co dodać z  kwaśnej przemiany Drzewa? Zastanawiałam się nad octem balsamicznym lub jabłkowym, nie mają tak silnego aromatu, jak cytrus, ale są równie kwaśne i wydaje mi się, że nawet minimalna ilość zburzy harmonię kawowatości. Jeżeli zaczynamy od elementu Ognia, czyli gorzkiego, jakim jest kawa, dodajemy potem coś słodkiego (przemiana Ziemi), następnie smak ostry (Metal),  to obieg kończymy na Drzewie (kwaśny), ale nie cytrynowym, nie sięgałam wysoko, pomocne okazały się me rodzime korzenie- nać pietruszki:) Świeża natka, należąca do kwaśnej przemiany, świetnie spisuje się w kawie: podkreśla jej smak, ale nie jest wyczuwalna. Spróbujecie sami. 
      Na sympozjum wiedźm niskopiennych w Górach Izerskich dodałam odważnie 5 sporych gałązek natki do kotła z czterema szklankami kawy i efekt przerósł moje nieśmiałe oczekiwania, kawa zrobiła furorę.

 KAWA Z NATKĄ
proporcje na 2 kawy

O Zagotować wodę
wsypać odpowiednią ilość kawy (powoli, na małym ogniu, mieszając, bo kipi), ja daję 4 czubate łyżeczki na 2 szklanki wody.
Z cynamon 1/4 łyżeczki,
 cukier trzcinowy lub ksylitol wedle upodobań, jeśli ktoś nie słodzi, to szczypta,
M  goździki - 3 szt., imbir szczypta, kardamon szczypta
W sól szczypta
D natka pietruszki 1-2 gałązki.
Przecedzamy przez sitko lub filtr i gotowe.

    Nie lubię także gorzkiej kawy, a w tej dałam bardzo małą ilość cukru, był niewyczuwalny, a mimo to smakowała mi bez dosładzania. No to teraz już wszystko lubię:)

piątek, 17 października 2014

Moje jesienne fascynacje literackie

   
         Jesień, to moja ulubiona pora roku. Zarówno ta wczesna, bajecznie kolorowa, jak i szara, mokra, z zapachem zawilgotniałych gnijących liści. Fajnie jest zalec wieczorem przy ogniu w kominku z jakąś miłą lekturą, gdy za oknem zawierucha.
       Znacie "Straszną historię"- autorstwa Tove Jansson - mistrzyni w budowaniu poetyckiego klimatu grozy? Nikt w literaturze dla dzieci i dorosłych nie wyczarował tak niesamowitej atmosfery: subtelnego, tajemniczego strachu, podszytego pogodną ironią. Mówiąc w wielkim skrócie: owa straszność jest jednocześnie ciepła, przytulna i przezabawna. U najmłodszych czytelników lektura Opowiadań Tove Jansson realizuje potrzebę tzw. oswojonego strachu, u starszych te straszne historie wywołują salwy śmiechu. No i jak tu znaleźć płaszczyznę wspólnego międzypokoleniowego odbioru?:) "Poczytaj mi mamo", tylko się nie śmiej, przecież to straszne jest! Owszem, lubimy się bać, szczególnie jesienią siedząc w przytulnym ciepłym domu, gdy oprócz kościotrupów, wampirów i strzyg dobijających się do drzwi i okien na Halloween  nic nas nie niepokoi. Po przeczytaniu biografii T. Jonsson można zauważyć, że potrzebę strachu, to autorka Muminków miała ogromną i na domiar sama musiała się zatroszczyć o jej zaspokajanie. Chyba nikt tak pięknie przez całe dzieciństwo nie potrafił sam siebie udręczać i straszyć, jak mała Tove. Polecam jej autobiografię: Córka rzeźbiarza.
    "Dolina Muminków w listopadzie" to książka nie mająca nic wspólnego z atmosferą lekkich kreskówek dla dzieci. W wykreowanym przez Jansson świecie nie istnieje walka dobra ze złem, próżno tu także doszukiwać się moralizowania. Treści o przyjażni i przygodach fantastycznych istot, z których każda stanowi archetyp naszych osobowości, zawierają głębokie refleksje na temat życia. Czytanie tego dzieła, jest balsamem dla duszy, miejscami książka ta ma klimat Zen. Zresztą, co tu dużo mówić, sprawdźcie sami na poniższym fragmencie. 
                         Czy pamiętacie historię o Filifionce, która wierzyła w katastrofy?        
 Jeśli znacie, to też  warto sobie ją przypomnieć, by zobaczyć z innej strony, bo za każdym razem widzimy trochę inaczej, a czasem - podobnie jak Filifionka -   możemy dojrzeć coś zupełnie innego niż do tej pory widzieliśmy. Skoro mowa o nierozstającej się ze ścierką do kurzów domatorce - Filifionce, to nie można pominąć Włóczykija - nie znoszącego żadnych domostw i osiadłego życia. Te skrajnie różne postacie, z biegunowo odmiennym trybem życia,  mają jedną cechę wspólną: są samotnikami. 
   " Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę.Taki wymarsz jest zawsze nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam gdzie stał namiot, świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł,widać jesień się zbliża”.(...)"*
 "Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się"
       Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień, i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków zasłaniających okna.
     Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i
cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności (...)*
        Filifionka zabrała się do trzepania dywanów na podwórku za domem. Trzepała zajadle, równo odmierzanymi uderzeniami, bez reszty pochłonięta tym zajęciem, które najwyraźniej sprawiało jej wielką przyjemność. Włóczykij szedł dalej, palił fajkę i myślał: „Obudzili się teraz w Dolinie Muminków. Tatuś nakręca zegar i puka w barometr. Mama rozpala w piecu. A Muminek wychodzi na werandę i widzi, że miejsce, gdzie stał namiot, jest puste. Zagląda do skrzynki na listy koło mostu, a w niej też pusto. Zapomniałem o liście pożegnalnym, nie zdążyłem go napisać. Ale wszystkie moje listy są jednakowe: «Wrócę w kwietniu, bądź zdrów. Odchodzę, wrócę z wiosną, trzymaj się». On przecież wie”.*
         Padał deszcz i na dworze nie było nikogo.Tu mieszkali Paszczak, Mimbla i Gapsa, pod każdym
dachem mieszkał ktoś, kto postanowił nie odchodzić, ci, którzy chcieli zostać w domu. Włóczykij przemknął koło podwórek, wszedł w cień i zachowywał się, jak mógł najciszej, bo nie chciał z nikim rozmawiać (...) szedł coraz szybciej, prosto w stronę lasu. Wtedy w ostatnim domu ktoś uchylił drzwi i bardzo stary głos zawołał:
- Dokąd idziesz?
- Nie wiem - odpowiedział Włóczykij.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. 
Miał przed sobą sto mil ciszy.
         Filifionka wzdrygnęła się i skuliła łapki. Gdziekolwiek szła, cokolwiek robiła, zawsze natrafiała na coś, co się czołga i pełza, tyle tego było wszędzie! Wzięła ścierkę od kurzu i szybkim ruchem wymiotła poczwarkę, a potem patrzyła, jak poczwarka stacza się po dachu, spada z jego krawędzi i
znika.- Paskudztwo - szepnęła wytrzepując ścierkę. Podniosła miskę i wyszła przez okno, żeby je umyć od zewnątrz. Lecz Filifionka była w kapciach i gdy tylko znalazła się na stromym, mokrym dachu, zaczęła zsuwać się po nim na plecach. Nie zdążyła się nawet wystraszyć. Błyskawicznym ruchem odwróciła swe chude ciało na brzuch i w jednej zawrotnie szybkiej sekundzie zjechała w dół. Kapcie stuknęły o krawędź dachu i wtedy zatrzymała się. Teraz dopiero poczuła strach. Przeniknął ją całą, utkwił jej w gardle jak smak atramentu. Przymknęła oczy, ale mimo to widziała ziemię daleko w dole, jej szczęki zwarły się z przestrachu i zdziwienia i nie była nawet w stanie krzyczeć. Zresztą i tak nikt by jej nie usłyszał. Bo Filifionka dawno już pozbyła się wszystkich swoich krewnych i uciążliwych znajomych i miała mnóstwo czasu, żeby zajmować się swoim domem i swoją samotnością, żeby spadać całkiem samotnie z własnego dachu do ogrodu, między chrząszcze i różne nieopisanie wstrętne robaki.
     Zrobiła rozpaczliwy, pełzający ruch w górę, łapkami czepiając się śliskiej blachy, lecz znowu zjechała w dół i wszystko było tak, jak przed chwilą. Wiatr łomotał otwartym oknem i szumiał w ogrodzie, a czas płynął. Kilka kropli deszczu spadło na dach (...) Kiedy wreszcie namacała łapką drut piorunochronu, uczepiła się go ostatkiem sił i zaciskając jeszcze mocniej powieki wciągnęła się ostrożnie na wysokość poddasza; teraz nie było na całym świecie nic innego, tylko cienki drut i zawieszona na nim Filifionka. Chwyciła się wąskiej, drewnianej listwy obiegającej poddasze, podciągnęła się, przypadła do niej i leżała chwilę bez ruchu. Potem bardzo wolno uniosła się i na czworakach czekała, aż nogi przestaną jej dygotać. Nie czuła się nic a nic śmiesznie. Krok po kroku zaczęła posuwać się dalej, twarzą do ściany. Przechodziła od okna do okna, ale wszystkie były zamknięte. Zawadzał za długi pyszczek, włosy spadały na oczy i łaskotały w nos. „Bylebym tylko nie kichnęła, bo stracę równowagę... Nie wolno mi patrzeć ani myśleć. Przydeptał mi się kapeć, nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje, gorset cały się pozwijał i w każdej sekundzie, po tych wszystkich okropnych sekundach...”
      Znowu zaczęło padać. Filifionka otworzyła oczy i zerkając przez ramię zobaczyła stromy dach, w dole jego krawędź, a za nią upadek w próżnię. Nogi znowu się pod nią ugięły i świat zakołował, teraz to już był zawrót głowy. Odciągnął ją od ściany, listwa, na której stała, zrobiła się cienka i wąska jak nóż i w ciągu jednej, długiej jak wieczność sekundy Filifionka przeleciała przez całe swoje filifionkowe życie. 
   Bardzo powoli, rozstając się z bliskim już bezpieczeństwem, odchyliła się do tyłu, aż do nieubłaganej granicy, za którą runęłaby w przepaść, ale zatrzymała się na niej na moment trwający jakby jeszcze jedną wieczność, a potem opadła z powrotem w przód. Teraz nie była już niczym innym, jak tylko czymś, co usiłowało zrobić się bardzo, bardzo płaskie i posuwać się dalej. Wreszcie okno. Wiatr mocno je zatrzasnął. Na ramie okiennej, gładkiej i gołej, nie było nic, za co można by pociągnąć, najmniejszego nawet gwoździa. Filifionka spróbowała podważyć ją szpilką do włosów, ale szpilka się zgięła. Widziała w środku miskę z mydlinami i ścierkę, niewzruszony obraz spokojnej codzienności, nieosiągalny świat.
     Ścierka! Okno przycięło ją na parapecie... Serce Filifionki zaczęło łomotać - zobaczyła wystający, malutki jej rożek, wzięła go w palce, och, jak ostrożnie, i pociągnęła lekko...„Ach, żeby tylko wytrzymała, żeby to była ta nowa, śliczna ścierka, a nie ta stara... Nigdy już nie będę żałowała nowych ścierek, nigdy nie będę na niczym oszczędzała, będę rozrzutna, przestanę sprzątać, za dużo sprzątam, jestem pedantyczna... Będę kimś zupełnie innym niż Filifionką...” Tak myślała, błagalnie, lecz i beznadziejnie, bo Filifionka, oczywiście, nigdy nie może być nikim innym, jak tylko Filifionką. Ścierka wytrzymała. Okno otworzyło się powoli, wiatr uderzył nim o ścianę, a Filifionka rzuciła się na łeb, na szyję w zacisze pokoju, spadła na podłogę i poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła i że robi się jej okropnie niedobrze. Nad nią huśtała się poruszana wiatrem, wisząca u sufitu lampa, wszystkie frędzelki kiwały się w równych od siebie odstępach, każdy z małym paciorkiem na czubku. Przyglądała się im uważnie, zdziwiona tymi małymi frędzelkami, których nigdy przedtem nie widziała. Nigdy też dotąd nie zauważyła, że jedwabny abażur jest czerwony, bardzo piękna czerwień przypominająca zachód słońca. Nawet hak w suficie miał nowy i niezwykły kształt. Cały pokój zmienił się, wszystko wyglądało inaczej (...)"
* Tove Jansson:" Dolina Muminków w listopadzie,przełożyła" T. Chłapowska, Nasza Księgarnia 1998. s.1-20

    Ta surowa i zasadnicza Filifionka ma dom wypełniony pięknymi rzeczami, które stale gromadzi, a których piękna wcale nie zauważa, ponieważ całe dnie wypełnia jej sprzątanie oraz pilnowanie, aby wszystkie te rzeczy były dobrze zabezpieczone przez molami, kurzem i innymi niebezpieczeństwami. To traumatyczne wydarzenie podczas mycia okien sprawia, że świat nagle nabiera dla niej nowych kolorów, ale nie jest to jeszcze ten wielki przełom w jej życiu, on nastąpi nieco później, gdy będzie w stanie odpuścić sobie nieustanne porządki bez uszczerbku na dobrym samopoczuciu. Bo tymczasem:
       "W porywie chwili, decyduje się opuścić swój dom i udać do Doliny Muminków, gdzie mieszkają jedyne osoby, które kiedykolwiek lubiła." Jednak zastaje ich dom opustoszały i pierwsze, co "... od razu spostrzegła, że nikt w nim dawno nie sprzątał. Zdjęła nicianą rękawiczkę i przeciągnęła palcem po gzymsie kaflowego pieca: w szarym kurzu pozostał biały ślad.
- To niemożliwe - szepnęła, czując dreszcz podniecenia. - Żeby przestać sprzątać, i to z własnej, nieprzymuszonej woli!"*Cdn.