piątek, 24 października 2014

Proste sposoby na naukę, pamięć, koncentrację i nudę

     
       Całe życie się uczymy, a niektórzy, tak jak ja, w dalszym ciągu chodzą do szkoły, tylko niestety już nie w charakterze ucznia. Rola ucznia, mimo że równie trudna, jak nauczyciela, bardziej mi odpowiadała, bo co tu dużo kryć, środowisko nauczycielskie... nie jest tak wdzięczne i skore do psot i radości, mówiąc oględnie:) Zresztą, nie lubię uogólnień, każde generalizowanie na temat środowisk uczniowskich, nauczycielskich, lekarskich itd. bywa krzywdzące. Psoty uczniów nie zawsze bywają niewinne i radosne (jak w historii z kubłem na śmieci, założonym na nauczycielską głowę). U mnie w szkole dzieci są raczej grzeczne, toteż zastanawiałam się, czy blokady na poręczach przy schodach założone są dla nich, czy dla mnie, bym nie zjeżdżała, bo mam takie zapędy. Zastanawiałam się też, czy moje nastoletnie dziecko, dlatego nie lubi się uczyć, że gdzieś tam podświadomie zakodowało sobie, że może skończyć tak jak ja: czyli non stop w szkole i to za marną pensję (kto ma w rodzinie nauczycieli, to wie, o czym mówię!), ale co do mej nieuczącej się latorośli, to pewnie pochopne wnioski wyciągam. Bowiem dzieci najlepiej wiedzą, co chciałyby w życiu robić, tylko potem zapominają i jak w porę sobie tego jako dorośli nie przypomną, to klapa. A ja mam dowód w postaci nagrania.  I to jakiego, cóż za opatrzność losu! Kiedyś, tak na pamiątkę, nagrywałam naszą rozmowę z synem przedszkolakiem i padło standardowe pytanie: Kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz? Przy takich odpowiedziach rodzicom z reguły wyostrza się słuch, a moje uszy stanęły dęba, gdy usłyszałam odpowiedź wypowiedzianą powoli, w skupieniem i z powagą : KLAUNEM. 
- Dlaczego klaunem? Spytałam zdziwiona.
- Bo "klaunowie" żonglują - odparło dziecko i zaraz dodało z zapałem: - Ja też chcę żonglować! Hm... pomyślałam, że to ciekawe zajęcie, cokolwiek to znaczy. Wówczas nie przyszło mi do głowy, żeby traktować to dosłownie, nie sądziłam, że żonglowanie jest tak ważne i to nie tylko w dalekiej przyszłości, ale dla teraźniejszego jego rozwoju! No i kto by przypuszczał, że sama będę mu wtykać w ręce piłeczki, by żonglował w czasie odrabiania lekcji i przygotowywania się do klasówek. Nic też nie zapowiadało, że ten żądny wiedzy przedszkolak, płynnie czytający, będzie w szkole takim lawirantem - zdolnym na milion sposobów odwrócić naszą uwagę, by zataić prace domowe, sprawdziany i złe oceny. Tak więc mam w domu Klauna! I nie trzeba było długo czekać, do dorosłości jeszcze mu sporo lat zostało, ale mam przy tym nadzieję, że do tej pory nauczy się dobrze żonglować. Trudno czasem poważnie traktować to, co mówią małe dzieci, a jednak: Dzieci wiedzą lepiej:)!
             Jeżeli podobnie jak ja, macie w domu Klauna, to od razu każcie mu żonglować.
       Wiele jest "ćwiczeń gimnastyki mózgu", wszystkie ruchy naprzemienne, np. rowerek, leniwe ósemki, ale nic tak szybko, jak żonglowanie, nie powoduje koncentracji i nie synchronizuje półkul mózgowych, bowiem w ruchy naprzemienne rąk zaangażowana jest percepcja wzrokowa, a ćwicząc refleks wzmagamy koncentrację. To nic, że na początku nie wychodzi. Liczy się samo działanie i skupienie uwagi. Z czasem zamiast podążać wzrokiem za piłeczką uciekająca po podłodze, będziemy coraz częściej śledzić jej ruchy w powietrzu i odnosić sukcesy, nie tylko w dziedzinie sprawności fizycznej. To metoda stara jak świat, wystarczy systematycznie ćwiczyć. Najlepiej czymś miękkim, z braku odpowiednich piłeczek możemy posłużyć się skulkowanymi skarpetkami. Uważam, że żonglowanie powinno być obowiązkowe w szkołach i to przed każdą lekcją, a nawet w jej trakcie!
        Toteż pożonglowałam  trochę i przypomniałam sobie, że najlepsze do żonglerki, to byłyby orzechy włoskie, ale bez łupiny, tak, by trafiać nimi prosto do buzi;) A zanim je zjemy należy przyjrzeć się temu miniaturowemu modelowi ludzkiego mózgu, mądra Natura już jego wyglądem sugeruje, na co orzech ten jest dobry.
      Wszystkie orzechy są zdrowe, ale bogactwem składników mineralnych włoskie biją na głowę orzechy laskowe. Jeśli chodzi o kaloryczność, to włoskie też są rekordzistami: 100 g to 645 kcl. Ale zamiast pustych kalorii mamy tu pełnowartościowe białko. Dzięki dużej ilości fosforu doskonale wpływają na sprawność procesów myślowych. Na pracę mózgu korzystny wpływ maja  tu także miedź i mangan oraz kwas linolenowy, z którego organizm produkuje kwasy omega- 3, będące jednym z głównych "budulców" komórek mózgowych. Wystarczy niewiele: 5-6 orzechów zjeść codziennie.
       Ponadto  dla pracy mózgu ważne jest dotlenienie i odpowiednia temperatura. Nasz mózg podobnie jak komputer szybciej pracuje w chłodzie. jeśli uczniowie/studenci ziewają, to nie koniecznie znaczy, że chce im się spać i to z nudów. Ziewamy także dla ochłody, dla termoregulacji organizmu. Niedawno ogłoszono pierwsze wyniki badań potwierdzających chłodzący efekt ziewania u szczurów. U człowieka jest podobnie. Mechanizm ten prawdopodobnie wykorzystuje dwa zjawiska, przyspieszenie obiegu krwi związane z napięciem mięśni szczęki i wymianę ciepła z wdychanym chłodniejszym powietrzem. Zatem dbając o kondycję mózgu, również ziewajmy sobie do woli.







Źodła:

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/orzechy-wloskie-duzo-kalorii-ale-samo-zdrowie-wlasciwosci-odzywcze_37185.html

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/nauka/news-ziewamy-dla-ochlody-mozgu,nId,360596#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

czwartek, 23 października 2014

Co jeszcze na dobry sen?

 Nie tylko dla zmarzluchów

         Dobrze wpływa zjedzenie banana, a już najlepiej, i to bez względu na porę roku, sok wiśniowy. A jeżeli musimy się szybko wyspać, to za rewelacyjny uważam olej z pestek wiśni. Niestety dosyć drogi (ok. 28-30 zł 200 ml) i nie zawsze dostępny w ekologicznych sklepach stacjonarnych, a pomagał zawsze, ma silniejsze działanie niż sok z wiśni (o którym możecie przeczytać niżej), a jest także pyszny, toteż piłam go z gwinta bez popitki :) i może dlatego oprócz kamiennego snu zauważyłam inne jego właściwości, ale o tym w nowym wpisie.
       Póki w mych okolicznych sklepach nie ma go nawet na lekarstwo i póki jest cudownie chłodno ;) delektuję się swym rozgrzewającym kompocikiem.
      Według ostatnich brytyjskich badań, sok z wiśni może mieć zadziwiające właściwości dla naszego snu. Zawiera melatoninę, a więc zwiększa naturalne poziomy tego wydzielanego w nocy hormonu, który reguluje biologiczne rytmy organizmu.Sok wiśniowy zwiększa  i jakość, i długość snu.
      Zespół badaczy ze School of Life Sciences obserwował sen uczestników eksperymentu, dzięki zastosowaniu specjalnych czujników. Naukowcy stwierdzili, ze ludzie pijący sok wiśniowy doznali poprawy długości snu od 25 minut średnio. A jakośc tego snu poprawiła się o 6%.
   To, co jest interesujące w tych pracach, to fakt, że melatonina zawarta w soku wiśniowym jest wystarczająca, żeby wywrzeć dobre działanie na sen, komentuje doktor Jason Ellis, dyrektor centre for Sleep Research przy School of Life Sciences, cytowany przez Daily Mail.***

Afirmacje
      No skoro zadbaliśmy o ciało przed snem, to co zrobić z często niespokojnym, przeładowanym informacjami, bezustannie gadającym umysłem. Wiadomo, że początkowo gonitwa myśli będzie tym bardziej natrętna, im szybciej będziemy chcieli się jej pozbyć. Toteż ustalamy, kto tu jest szefem, przyglądamy się myślom swym z pozycji biernego, zdystansowanego, ale akceptującego widza, i te, które przypominają nam np. o jakichś niewykonanych zadaniach, przesuwamy na półkę z obiecującym napisem:"JUTRO", a zatrzymujemy na chwilę te mówiące o pięknym dniu, zdarzeniu, o tym, co fajnego udało nam się zrobić i to najlepiej w sferze drobiazgów, aby znów  nie zatrzymywać się na wspaniałych przełomowych wydarzeniach z naszego życia, bo z kolei popadniemy w ekscytację i z wyciszenia nici. Nawet jeśli dzień był wyjątkowo beznadziejny, to gdy nastawimy się na "Tak", że tak np. miało być, na pewno znajdziemy coś pozytywnego. Można wypracować sobie jakieś własne metody lub parafrazując "Dzieci z Bullerbyn",  stwierdzać: "Fuj, jak słońce obrzydliwie świeci. Och, jakie piękne tumany kurzu na drodze!
     Z afirmacją wieczorną też trzeba ostrożnie. Dobrze jest przed snem powiedzieć sobie, jaka/jaki jestem wspaniały, jaki mam mądry organizm, udało mi się przełamać leniwy zastój i tyle rzeczy dziś zrobiłam i...-  i tu często dopada nas zbawienna dla samozachwytu myśl - no i nikt tego nawet nie zauważył! :) Myśl zbawienna, bo zauważyć miał ten, na którym powinno Ci najbardziej zależeć: TY sam.

    Już wkrótce, może nawet jutro, zapraszam na pyszną i zdrową  jesienną kawę. Stawia na nogi jak mało co, a jak smakuje! Musicie spróbować.

Źródła:
*Ewa Dobek; Rób co chcesz tylko gotuj, s. 80
**/źródło:biomedical.pl/
***http://akupresura.akcjasos.pl/content/view/120/46/


Kawa z pietruszką na sympozjum wiedźm niskopiennych

     Nie lubię kawy z cytryną, nawet 2 krople zakłócają mi jej smak. A większość zdrowych przepisów, czyli z kuchni 5 przemian, właśnie taką kawę proponuje, by zachować pełny obieg żywiołów. No bo co dodać z  kwaśnej przemiany Drzewa? Zastanawiałam się nad octem balsamicznym lub jabłkowym, nie mają tak silnego aromatu, jak cytrus, ale są równie kwaśne i wydaje mi się, że nawet minimalna ilość zburzy harmonię kawowatości. Jeżeli zaczynamy od elementu Ognia, czyli gorzkiego, jakim jest kawa, dodajemy potem coś słodkiego (przemiana Ziemi), następnie smak ostry (Metal),  to obieg kończymy na Drzewie (kwaśny), ale nie cytrynowym, nie sięgałam wysoko, pomocne okazały się me rodzime korzenie- nać pietruszki:) Świeża natka, należąca do kwaśnej przemiany, świetnie spisuje się w kawie: podkreśla jej smak, ale nie jest wyczuwalna. Spróbujecie sami. 
      Na sympozjum wiedźm niskopiennych w Górach Izerskich dodałam odważnie 5 sporych gałązek natki do kotła z czterema szklankami kawy i efekt przerósł moje nieśmiałe oczekiwania, kawa zrobiła furorę.

 KAWA Z NATKĄ
proporcje na 2 kawy

O Zagotować wodę
wsypać odpowiednią ilość kawy (powoli, na małym ogniu, mieszając, bo kipi), ja daję 4 czubate łyżeczki na 2 szklanki wody.
Z cynamon 1/4 łyżeczki,
 cukier trzcinowy lub ksylitol wedle upodobań, jeśli ktoś nie słodzi, to szczypta,
M  goździki - 3 szt., imbir szczypta, kardamon szczypta
W sól szczypta
D natka pietruszki 1-2 gałązki.
Przecedzamy przez sitko lub filtr i gotowe.

    Nie lubię także gorzkiej kawy, a w tej dałam bardzo małą ilość cukru, był niewyczuwalny, a mimo to smakowała mi bez dosładzania. No to teraz już wszystko lubię:)

środa, 22 października 2014

Cebula w literaturze pięknej

   Krojąc cebulę, wspominam często wielkie dzieła literatury światowej, w których to warzywo odgrywa niebagatelna rolę i od  razu lepiej mi idzie. Jestem pod wielkim wrażeniem książki: "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel. Jest to lektura nie tylko dla pasjonatów egzotycznej kuchni, ale dla smakoszy realizmu magicznego. Tak w wielkim skrócie powiedziałbym, że  każdy przepis kulinarny jest tam receptą na życie bądź jest skutkiem perypetii życiowych głównej bohaterki, która jest artystką w kuchni. Jej wyczyny kulinarne są powodem radości i lekiem na całe zło, które ją spotyka. Nie chodzi tu bynajmniej o jedzenie, ale o tworzenie. Bo to pierwsze czasem bywa katastrofalne w skutkach. Spożycie tortu weselnego, przyrządzanego przez nią w wielkim żalu, a to z powodu ślubu jej ukochanego z jej siostrą, wywołuje u gości sensacje i to nie tyle żołądkowe, co emocjonalne, wszyscy zaczynają tonąć we łzach, a ten zbiorowy lament kończy się zbiorowym wymiotowaniem. Co prawda  cebula akurat nie ma z tym tortem nic wspólnego, ale to warzywo odgrywa główną rolę przy narodzinach bohaterki tej cudownej książki i towarzyszy jej przez całe życie jako wyzwalacz olbrzymich ilości łez.
    Cebula jako wyzwalacz łez, jako  oryginalny katalizator w relacjach międzyludzkich, mający za zadanie, by tak rzec: upłynnić emocje, występuje w "Blaszanym bębenku" Guntera Grassa. Wyobraźcie sobie taką knajpę, gdzie serwuje się jedynie cebule i to surowe, podane na deseczce do krojenia, bo klient ma za zadanie sam sobie je pokroić. Och, jak przydałby się czasem taki terapeutyczny lokal. Zanim napiszę monografię na temat cebuli w literaturze pięknej, przytoczę choć fragment o tej niezwykłej knajpie.

"Ledwie „Piwnica Pod Cebulą” zapełniała się gośćmi - choćby do połowy - Schmuh, właściciel, wkładał szal. Ów szal, z kobaltowo - niebieskiego jedwabiu, był zadrukowany, specjalnie zadrukowany, a wspominam o nim dlatego, że wkładanie szala miało znaczenie. Drukowany wzór przedstawiał złotożółte cebule. Dopiero gdy Schmuh wkładał szal, można było uznać lokal „Pod Cebulą” za otwarty. Goście: przedsiębiorcy, lekarze, adwokaci, artyści, między inny­mi aktorzy, dziennikarze, ludzie z filmu, znani sportowcy, także wyżsi urzędnicy magistratu i rządu krajowego, krótko mówiąc: wszyscy, którzy nazywają się dziś intelektualistami, siedzieli z żonami, przy­jaciółkami, sekretarkami, dziewczynkami, również z przyjaciółkami rodzaju męskiego na zgrzebnych poduszkach i póki Schmuh nie wło­żył szala w złotożółte cebule, rozmawiali półgłosem, raczej mozol­nie, niemal posępnie. Próbowano nawiązać dialog, bez powodzenia jednak, mimo najlepszych chęci mijano się z właściwymi problema­mi, chciano ulżyć sobie, pozbyć się ciężaru, wyłożyć bez ogródek, co leży na sercu, prosto z mostu, nie oglądając się na nic, pokazać całą prawdę, nagiego człowieka - ale na próżno. Tu i ówdzie ryso­wały się kontury złamanej kariery, rozbitego małżeństwa. Ten pan o potężnej mądrej głowie i miękkich, niemal pełnych gracji dłoniach ma, zdaje się, kłopoty z synem, któremu nie odpowiada przeszłość ojca. Obie panie w nurkach, nawet w karbidowym świetle wyglądają korzystnie, straciły podobno wiarę; otwartą sprawą pozostaje tylko: w co. Nic jeszcze nie wiemy o przeszłości pana o potężnej głowie, nie mówi się też, jakich to kłopotów syn, z powodu przeszłości, przy­sparza ojcu; jest tak - proszę wybaczyć Oskarowi porównanie - jak przed złożeniem jajka: wyciska się i wyciska...
W „Piwnicy Pod Cebulą” tak długo bez powodzenia wyciskano, aż pojawiał się na krótko knajpiarz Schmuh w specjalnym szalu, przyj­mował z podziękowaniem ogólne radosne „O!”, potem znikał na kil­ka minut za zasłoną w głębi lokalu, gdzie mieściły się toalety i maga­zyn, i znów wracał.
Czemu jednak, gdy knajpiarz ponownie ukazuje się gościom, wita go jeszcze radośniejsze, ulgą podszyte „O!”? Oto właściciel dobrze prosperującego nocnego lokalu znika za zasłoną, bierze coś z maga­zynu, wykłóca się półgłosem z klozetową babką, która siedzi tam i czyta jakieś ilustrowane pismo, i wychodzi zza zasłony, a wszyscy witają go jak zbawcę, jak wspaniałego cudotwórcę.
Schmuh wkraczał między gości z koszyczkiem pod pachą. Ów koszyczek przykryty był serwetką w niebiesko - żółtą kratę. Na ser­wecie leżały drewniane deszczułki o świńskich i rybich profilach. Te wyszorowane czyściutko deszczułki knajpiarz Schmuh rozdawał gościom. Udawały mu się przy tym ukłony i komplementy, które świadczyły, że młodość spędził w Budapeszcie i Wiedniu; uśmiech Schmuha przypominał uśmiech na owej kopii, którą namalowano podług kopii rzekomo autentycznej Mony Lisy.
Goście natomiast przyjmowali deszczułki z poważną miną. Nie­którzy zamieniali się. Jedni lubili profil świni, inni, albo - jeśli cho­dziło o panie - inne od pospolitej świni domowej wolały bardziej tajemniczą rybę. Obwąchiwali deszczułki, przesuwali to tu, to tam, a knajpiarz Schmuh, obsłużywszy również gości na galerii, czekał, aż każda deszczułka zastygnie w bezruchu.
Potem - a czekały na to wszystkie serca — potem, niby kuglarz, zdejmował serwetkę: koszyk przykryty był jeszcze drugą, na której leżały, nierozpoznawalne na pierwszy rzut oka, kuchenne noże.
I znów, jak przedtem z deszczułkami, Schmuh ruszał w obchód z nożami. Tym razem jednak uwijał się szybciej, wzmagał owo na­pięcie, które pozwalało mu podnosić ceny, nie sypał już komplemen­tami, nie dopuszczał do zamiany kuchennych noży, jego ruchy na­bierały pewnego, dobrze odmierzonego przyspieszenia. - Do biegu, gotowi, hop! - wołał, zrywał serwetkę z koszyka, sięgał do środka, rozdzielał, rozdawał, rozrzucał między lud, był dobrotliwym dawcą, zaopatrywał swoich gości, dawał im cebule, takie same, jakie wi­działo się, złotożółte i lekko stylizowane, na jego szalu, cebule po­spolitego gatunku, zwyczajne bulwy, nie jakieś tam szlachetne od­miany, cebule, jakie kupuje pani domu, cebule, jakie sprzedaje straganiarka, cebule, jakie sadzi i zbiera chłop, chłopka czy służąca, cebule, jakie widzi się mniej lub bardziej wiernie odmalowane na martwych naturach holenderskich miniaturzystów, takie i podobne cebule rozdzielał knajpiarz Schmuh między swoich gości, aż wszy­scy mieli cebule, aż słyszało się tylko buzowanie ognia w żelaznych piecykach i śpiew karbidowych lamp. Tak cicho robiło się po wiel­kim rozdawaniu cebuli - a Ferdynand Schmuh wołał: „Bardzo pro­szę, moi państwo!”, zarzucał koniec szala na lewe ramię, jak to robią narciarze przed zjazdem, i w ten sposób dawał sygnał.
      Obierano cebule. Mówią, że cebula ma siedem łupin. Panie i panowie obierali cebule kuchennymi nożami. Zdzierali pierwszą, trze­cią, jasną, złotożółta, rdzawą, a raczej cebulastą łupinę, obierali, aż cebula robiła się szklista, zielona, biaława, wilgotna, lepka, wodni­sta, zaczynała pachnąć, pachnąć cebulą, a potem krajali je, jak się kraje cebule, krajali zręcznie lub niezręcznie na deszczułkach, które miały świńskie i rybie profile, krajali w tę lub tamtą stronę, a sok tryskał albo rozpływał się w powietrzu - starsi panowie, którzy nie umieli obchodzić się z kuchennymi nożami, musieli uważać, żeby nie zaciąć się w palec; niektórzy jednak zacinali się i nie zwracali na to uwagi - za to panie radziły sobie dużo lepiej, nie wszystkie, ale te, które prowadziły dom, wiedziały przecież, jak się kraje cebulę, na przykład do przysmażanych ziemniaków albo do wątróbki z jabł­kiem i cebulą; lecz u Schmuha nie było ani jednego, ani drugiego, w ogóle nie było nic do jedzenia, a jeśli ktoś chciał zjeść, to musiał iść gdzie indziej, „Pod Rybkę”, nie „Pod Cebulę”, bo tam tylko kra­jało się cebulę. Czemu to przypisać? Temu, że lokal tak się nazywał, a przede wszystkim temu, że cebula, krajana cebula, kiedy przyjrzeć się dokładnie... nie, goście Schmuha nic już nie widzieli, a przynaj­mniej kilku nic już nie widziało, łzy cisnęły się im do oczu, nie dlate­go jednak, że serca mieli przepełnione; wcale bowiem nie jest powiedziane, że przy przepełnionym sercu łzy od razu muszą cisnąć się do oczu, niektórym nigdy się to nie zdarza, zwłaszcza w ostatnim albo minionym dziesięcioleciu, toteż nasz wiek zostanie kiedyś na­zwany wiekiem bez łez, choć tyle wszędzie cierpień - i właśnie z powodu tej niezdolności do płaczu ludzie, którzy mogli sobie na to pozwolić, szli do „Piwnicy Pod Cebulą”, brali od knajpiarza deszczułkę - w kształcie świni lub ryby - i kuchenny nóż za osiemdziesiąt fenigów oraz pospolitą polno - ogrodowo - kuchenną cebulę za dwanaście marek, krajali ją coraz drobniej, póki sok nie wywołał, czego nie wywołał? Póki nie wywołał tego, czego nie wywołał świat i jego cierpienia: okrągłych ludzkich łez. Tam się płakało. Tam na­reszcie znów się płakało. Porządnie, niepohamowanie, swobodnie. Tam ciekły i płynęły strumienie. Tam lał deszcz. Tam opadała rosa." G. Grass: Trylogia Gdańska: Blaszany bębenek, wyd. Oskar s. 447

Nasenny kompocik jesienny


        Kompocik nasenny na jesienne chłody to mój najnowszy eksperyment, zastanawiałam się czy nie nazwać go ognistym, tak mocno grzeje, toteż nie dla wszystkich jest on wskazany jako nasenny. Jest to przepis dedykowany tym, którzy często mają zimne dłonie i stopy. Jeśli zdarzało się Wam czasem spać w skarpetkach  i to nie z powodu lenistwa, tylko zimna w tej tylko części kończyn, a reszta ciała w niczym Wam nie dokuczała, to ten kompocik  Gorąco polecam.

           Gdzie kupić prawdziwe suszone śliwki, najlepiej węgierki, a jeszcze lepiej wędzone? Od 3 lat zadaję sobie to pytanie, bo mieszkam w turystycznej miejscowości, gdzie wszystkie warzywniaki zmieniono na sklepy pamiątkowe.  Jeśli turysta ma taką fanaberię, by kupować zieleninę, to są dyskonty spożywcze typu Biedronka. A miejscowi, no cóż...nie uszanowali ostatniego bezkonkurencyjnego warzywniaka i mówili na niego - zgodnie z faktycznym stanem towaru -Zgniłek, więc też się przebranżowił, na sztukę rękodzielniczą. A szkoda, bo można tam było dostać produkty także nieprzegniłe, o bardzo długim terminie ważności, jak owoce suszone, polskie, niesiarkowane,  na wagę!  Aromat tak deficytowych dziś węgierek czuć było już od progu sklepu.W tym roku zapobiegawczo sama sobie ususzyłam trochę śliwek, ale taką metodą z piekarnika, to ciężko o jakąś porządną ilość, wyszły mi... trzy garście, czyli na jakieś 3 kompociki:(
      Kompot z suszu to mój  ulubiony, jego zapach zawsze  kojarzy mi się z dzieciństwem i atmosferą Wigilii. Ale ten, który proponuję na chłodne wieczory, ma być inny, nieco mniej świąteczny, nie żebym miała coś przeciw codziennemu świętowaniu, ale chodzi o to, by pod jego wpływem nie wypatrywać pierwszej gwiazdki, tylko grzecznie, spokojnie zasnąć. Jest to napój bardzo aromatyczny i rozgrzewający, przypominający grzańca galicyjskiego, lecz bez alkoholu, ale to wcale nie znaczy, że wszyscy mogą go sobie  przed snem pić!:)
        Dla osób z nadmiarem gorąca jest on absolutnie niewskazany w porze wieczornej, bo byłby raczej kompocikiem na bezsenność.           
                                                         A jaki jest twój wewnętrzny ogień?
      "Jeśli nasz wewnętrzny Ogień pali się równym  i mocnym płomieniem, stajemy się magnetyczni - naturalnie i bez wysiłku przyciągamy do siebie wszystko, czego potrzebujemy.
   Przemiana Ognia wnosi do naszego życia miłość, akceptację i zrozumienie. Dostraja umysł do duszy. Otwarte serce rozszerza świadomość, roznieca wiarę we własne siły i w dobra przyszłość. Ludzie z mocnym Ogniem wewnętrznym to wizjonerzy, którzy potrafią poderwać do działania tłumy i zarazić entuzjazmem największych malkontentów.
   Jeśli wewnętrzny Ogień staje się zbyt mocny, w naszym życiu pojawia się nadmiar i wpadamy w błędne koło hiperaktywności. Z tym nadmiarem przychodzi wewnętrzne gorąco; zbyt duży płomień wypala nas od środka. Z kolei zbyt słaby Ogień gasi nadzieję i chęć do działania". *

Objawy nadmiaru gorąca, to m. in.: 
Pobudzenie, pocenie się spowodowane zwiększonym metabolizmem, zaczerwienienie twarzy, szyi i oczu. Stan gorąca często objawia się pragnieniem, suchością, trudnościami w wypróżnianiu się; niechęcią do gorących napojów i ciepłego klimatu.
Gorąco wzmacniają np.:
Ostre potrawy, niektóre witaminy z grupy B, hormony tarczycy, cukier, kawa, kakao, kurkuma, szafran itd.

ZIMNO powoduje szybkie schodzenie energii w dół i najbardziej szkodzi nerkom. Nerki to jedyny organ, którego nie da się przegrzać.Jedzenie, które zostało zamrożone, a poprzez to ochłodzone, posiada zimną naturę, nawet po podgrzaniu. Przedłużający się stres, choroby, niewłaściwe odżywianie, długotrwałe przebywanie w chłodzie lub spożywanie zimnych pokarmów prowadzą do zużycia jang. Leki takie, jak: antybiotyki i aspiryna mają zimną naturę. Sprawne funkcjonowanie żołądka zależy od mocy Ognia. Wielokrotne podawanie antybiotyków dzieciom upośledza ich wrażliwy i nie do końca rozwinięty układ trawienny, co staje się przyczyną rozmaitych dolegliwości również w życiu dorosłym: najczęściej osłabiony jest system immunologiczny, co objawia się alergiami, astmą, zapaleniem jelita grubego, artretyzmem itd.
   U osób z nadmiarem zimna oprócz niechęci do zimnych potraw, występuje apatia, osłabienie, ból kolan i dolnej części pleców. Częstym syndromem nadmiaru zimna szczególnie u dzieci - i nie chodzi tu o chłód panujący w atmosferze, tylko o niewłaściwą przemianę wody w związku przyjmowaniem niektórych leków i potraw- jest niechęć do owoców.**

Nasenny kompocik jesienny 
Przepis na dwie porcje. Po dodaniu każdego ze składników zamieszać (najlepiej drewnianą łyżką).

Więcej objaśnień poniższych skrótów oznaczających 5 przemian: żywiołów/smaków zamieściłam przy okazji innych przepisów Tutaj i Tutaj

O (Ogień) zagotować  2 i 1/2 szkl. wody,
O szczypta  kurkumy  (ok. 1/4  łyżeczki),
O śliwki ciemne, najlepiej węgierki, 5-6 sztuk*
Z (Ziemia) cukier trzcinowy, syrop klonowy (lub inny) - ok. 3 łyżeczki
Z  cynamon - pół łyżeczki
M (Metal) świeży imbir -2 plasterki (może być suszony- ok. 1/4 łyżeczki) goździki - 5 sztuk, kardamon - 1 szt.(lub 1/4 łyżeczki mielonego)
M ziele angielskie lub jałowiec- 3 szt., tymianek- szczypta, gałka muszkatołowa - szczypta
W (Woda) szczypta soli,
D (Drzewo) melisa-  3 listki świeżej lub płaska łyżeczka suszonej albo suszony hibiskus

Gotujemy 10 minut i robimy jeszcze jeden obieg:

O szczypta rozmarynu, pół łyżeczki gorczycy
Z można dosłodzić syropem albo dodać parę rodzynek lub odrobinę lukrecji lub jeszcze szczyptę cynamonu ( ten ostatni to dla zachowania obiegu, jeśli nie potrzebujemy więcej słodzić)
M chili - szczypta
W woda - parę łyżek, ilość wody zależy od rodzaju śliwek, jeśli mikstura wydaje się nam  zbyt esencjonalna, np. śliwki szybko napęcznieją. Trzeba próbować.
D suszony hibiskus - płaska łyżeczka lub w zastępstwie: 2 krople soku z cytryny lub parę kropli octu jabłkowego ( takiego z domowej fermentacji:)
    Chwilkę jeszcze gotujemy. Odstawiamy kompocik na  kilkanaście minut, by lekko przestygł i odcedzamy przez sitko. Z kubkiem  takiego ciepłego eliksiru udajemy się do łóżeczka.Wypijamy, powtarzamy sobie parę afirmacji i śpimy. Mikstura ta naprawdę silnie rozgrzewa i jeśli od razu nie położymy się po jej wypiciu spać, to może pobudzić nas do twórczego radosnego działania:)

*Jeśli nie mamy ciemnych śliwek suszonych, to można zastąpić je innymi suszonymi owocami, byle nie konserwowanymi siarką.


Co jeszcze na dobry sen i nie tylko dla zmarzluchów?
CZYTAJ DALEJ 


poniedziałek, 20 października 2014

Kawa z pietruszką na sympozjum wiedźm niskopiennych

      Nie lubię kawy z cytryną, nawet 2 krople zakłócają mi jej smak. A większość zdrowych przepisów, czyli z kuchni 5 przemian, właśnie taką proponuje, by zachować pełny obieg. No bo co dodać z  kwaśnej przemiany Drzewa? Zastanawiałam się nad octem balsamicznym lub jabłkowym, nie mają tak silnego aromatu, jak cytrus, ale są równie kwaśne i wydaje mi się, że nawet minimalna ilość zburzy harmonię kawowatości. Jeżeli zaczynamy od elementu Ognia, czyli gorzkiego, jakim jest kawa, dodajemy potem coś słodkiego (przemiana Ziemi), następnie smak ostry (Metal),  to obieg kończymy na Drzewie (kwaśny), ale nie cytrynowym, nie sięgałam wysoko, pomocne okazały się me rodzime korzenie- nać pietruszki:) Świeża natka, należąca do kwaśnej przemiany, świetnie spisuje się w kawie: podkreśla jej smak, ale nie jest wyczuwalna. Spróbujecie sami. 
      Na sympozjum wiedźm niskopiennych w Górach Izerskich dodałam odważnie 5 sporych gałązek natki do kotła z czterema szklankami kawy i efekt przerósł moje nieśmiałe oczekiwania, kawa zrobiła furorę.

 KAWA Z NATKĄ
proporcje na 2 kawy

O Zagotować wodę
wsypać odpowiednią ilość kawy (powoli, na małym ogniu, mieszając, bo kipi), ja daję 4 czubate łyżeczki na 2 szklanki wody.
Z cynamon 1/4 łyżeczki,
 cukier trzcinowy lub ksylitol wedle upodobań, jeśli ktoś nie słodzi, to szczypta,
M  goździki - 3 szt., imbir szczypta, kardamon szczypta
W sól szczypta
D natka pietruszki 1-2 gałązki.
Przecedzamy przez sitko lub filtr i gotowe.

    Nie lubię także gorzkiej kawy, a w tej dałam bardzo małą ilość cukru, był niewyczuwalny, a mimo to smakowała mi bez dosładzania. No to teraz już wszystko lubię:)

piątek, 17 października 2014

Moje jesienne fascynacje literackie

   
         Jesień, to moja ulubiona pora roku. Zarówno ta wczesna, bajecznie kolorowa, jak i szara, mokra, z zapachem zawilgotniałych gnijących liści. Fajnie jest zalec wieczorem przy ogniu w kominku z jakąś miłą lekturą, gdy za oknem zawierucha.
       Znacie "Straszną historię"- autorstwa Tove Jansson - mistrzyni w budowaniu poetyckiego klimatu grozy? Nikt w literaturze dla dzieci i dorosłych nie wyczarował tak niesamowitej atmosfery: subtelnego, tajemniczego strachu, podszytego pogodną ironią. Mówiąc w wielkim skrócie: owa straszność jest jednocześnie ciepła, przytulna i przezabawna. U najmłodszych czytelników lektura Opowiadań Tove Jansson realizuje potrzebę tzw. oswojonego strachu, u starszych te straszne historie wywołują salwy śmiechu. No i jak tu znaleźć płaszczyznę wspólnego międzypokoleniowego odbioru?:) "Poczytaj mi mamo", tylko się nie śmiej, przecież to straszne jest! Owszem, lubimy się bać, szczególnie jesienią siedząc w przytulnym ciepłym domu, gdy oprócz kościotrupów, wampirów i strzyg dobijających się do drzwi i okien na Halloween  nic nas nie niepokoi. Po przeczytaniu biografii T. Jonsson można zauważyć, że potrzebę strachu, to autorka Muminków miała ogromną i na domiar sama musiała się zatroszczyć o jej zaspokajanie. Chyba nikt tak pięknie przez całe dzieciństwo nie potrafił sam siebie udręczać i straszyć, jak mała Tove. Polecam jej autobiografię: Córka rzeźbiarza.
    "Dolina Muminków w listopadzie" to książka nie mająca nic wspólnego z atmosferą lekkich kreskówek dla dzieci. W wykreowanym przez Jansson świecie nie istnieje walka dobra ze złem, próżno tu także doszukiwać się moralizowania. Treści o przyjażni i przygodach fantastycznych istot, z których każda stanowi archetyp naszych osobowości, zawierają głębokie refleksje na temat życia. Czytanie tego dzieła, jest balsamem dla duszy, miejscami książka ta ma klimat Zen. Zresztą, co tu dużo mówić, sprawdźcie sami na poniższym fragmencie. 
                         Czy pamiętacie historię o Filifionce, która wierzyła w katastrofy?        
 Jeśli znacie, to też  warto sobie ją przypomnieć, by zobaczyć z innej strony, bo za każdym razem widzimy trochę inaczej, a czasem - podobnie jak Filifionka -   możemy dojrzeć coś zupełnie innego niż do tej pory widzieliśmy. Skoro mowa o nierozstającej się ze ścierką do kurzów domatorce - Filifionce, to nie można pominąć Włóczykija - nie znoszącego żadnych domostw i osiadłego życia. Te skrajnie różne postacie, z biegunowo odmiennym trybem życia,  mają jedną cechę wspólną: są samotnikami. 
   " Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę.Taki wymarsz jest zawsze nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam gdzie stał namiot, świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł,widać jesień się zbliża”.(...)"*
 "Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się"
       Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień, i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków zasłaniających okna.
     Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i
cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności (...)*
        Filifionka zabrała się do trzepania dywanów na podwórku za domem. Trzepała zajadle, równo odmierzanymi uderzeniami, bez reszty pochłonięta tym zajęciem, które najwyraźniej sprawiało jej wielką przyjemność. Włóczykij szedł dalej, palił fajkę i myślał: „Obudzili się teraz w Dolinie Muminków. Tatuś nakręca zegar i puka w barometr. Mama rozpala w piecu. A Muminek wychodzi na werandę i widzi, że miejsce, gdzie stał namiot, jest puste. Zagląda do skrzynki na listy koło mostu, a w niej też pusto. Zapomniałem o liście pożegnalnym, nie zdążyłem go napisać. Ale wszystkie moje listy są jednakowe: «Wrócę w kwietniu, bądź zdrów. Odchodzę, wrócę z wiosną, trzymaj się». On przecież wie”.*
         Padał deszcz i na dworze nie było nikogo.Tu mieszkali Paszczak, Mimbla i Gapsa, pod każdym
dachem mieszkał ktoś, kto postanowił nie odchodzić, ci, którzy chcieli zostać w domu. Włóczykij przemknął koło podwórek, wszedł w cień i zachowywał się, jak mógł najciszej, bo nie chciał z nikim rozmawiać (...) szedł coraz szybciej, prosto w stronę lasu. Wtedy w ostatnim domu ktoś uchylił drzwi i bardzo stary głos zawołał:
- Dokąd idziesz?
- Nie wiem - odpowiedział Włóczykij.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. 
Miał przed sobą sto mil ciszy.
         Filifionka wzdrygnęła się i skuliła łapki. Gdziekolwiek szła, cokolwiek robiła, zawsze natrafiała na coś, co się czołga i pełza, tyle tego było wszędzie! Wzięła ścierkę od kurzu i szybkim ruchem wymiotła poczwarkę, a potem patrzyła, jak poczwarka stacza się po dachu, spada z jego krawędzi i
znika.- Paskudztwo - szepnęła wytrzepując ścierkę. Podniosła miskę i wyszła przez okno, żeby je umyć od zewnątrz. Lecz Filifionka była w kapciach i gdy tylko znalazła się na stromym, mokrym dachu, zaczęła zsuwać się po nim na plecach. Nie zdążyła się nawet wystraszyć. Błyskawicznym ruchem odwróciła swe chude ciało na brzuch i w jednej zawrotnie szybkiej sekundzie zjechała w dół. Kapcie stuknęły o krawędź dachu i wtedy zatrzymała się. Teraz dopiero poczuła strach. Przeniknął ją całą, utkwił jej w gardle jak smak atramentu. Przymknęła oczy, ale mimo to widziała ziemię daleko w dole, jej szczęki zwarły się z przestrachu i zdziwienia i nie była nawet w stanie krzyczeć. Zresztą i tak nikt by jej nie usłyszał. Bo Filifionka dawno już pozbyła się wszystkich swoich krewnych i uciążliwych znajomych i miała mnóstwo czasu, żeby zajmować się swoim domem i swoją samotnością, żeby spadać całkiem samotnie z własnego dachu do ogrodu, między chrząszcze i różne nieopisanie wstrętne robaki.
     Zrobiła rozpaczliwy, pełzający ruch w górę, łapkami czepiając się śliskiej blachy, lecz znowu zjechała w dół i wszystko było tak, jak przed chwilą. Wiatr łomotał otwartym oknem i szumiał w ogrodzie, a czas płynął. Kilka kropli deszczu spadło na dach (...) Kiedy wreszcie namacała łapką drut piorunochronu, uczepiła się go ostatkiem sił i zaciskając jeszcze mocniej powieki wciągnęła się ostrożnie na wysokość poddasza; teraz nie było na całym świecie nic innego, tylko cienki drut i zawieszona na nim Filifionka. Chwyciła się wąskiej, drewnianej listwy obiegającej poddasze, podciągnęła się, przypadła do niej i leżała chwilę bez ruchu. Potem bardzo wolno uniosła się i na czworakach czekała, aż nogi przestaną jej dygotać. Nie czuła się nic a nic śmiesznie. Krok po kroku zaczęła posuwać się dalej, twarzą do ściany. Przechodziła od okna do okna, ale wszystkie były zamknięte. Zawadzał za długi pyszczek, włosy spadały na oczy i łaskotały w nos. „Bylebym tylko nie kichnęła, bo stracę równowagę... Nie wolno mi patrzeć ani myśleć. Przydeptał mi się kapeć, nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje, gorset cały się pozwijał i w każdej sekundzie, po tych wszystkich okropnych sekundach...”
      Znowu zaczęło padać. Filifionka otworzyła oczy i zerkając przez ramię zobaczyła stromy dach, w dole jego krawędź, a za nią upadek w próżnię. Nogi znowu się pod nią ugięły i świat zakołował, teraz to już był zawrót głowy. Odciągnął ją od ściany, listwa, na której stała, zrobiła się cienka i wąska jak nóż i w ciągu jednej, długiej jak wieczność sekundy Filifionka przeleciała przez całe swoje filifionkowe życie. 
   Bardzo powoli, rozstając się z bliskim już bezpieczeństwem, odchyliła się do tyłu, aż do nieubłaganej granicy, za którą runęłaby w przepaść, ale zatrzymała się na niej na moment trwający jakby jeszcze jedną wieczność, a potem opadła z powrotem w przód. Teraz nie była już niczym innym, jak tylko czymś, co usiłowało zrobić się bardzo, bardzo płaskie i posuwać się dalej. Wreszcie okno. Wiatr mocno je zatrzasnął. Na ramie okiennej, gładkiej i gołej, nie było nic, za co można by pociągnąć, najmniejszego nawet gwoździa. Filifionka spróbowała podważyć ją szpilką do włosów, ale szpilka się zgięła. Widziała w środku miskę z mydlinami i ścierkę, niewzruszony obraz spokojnej codzienności, nieosiągalny świat.
     Ścierka! Okno przycięło ją na parapecie... Serce Filifionki zaczęło łomotać - zobaczyła wystający, malutki jej rożek, wzięła go w palce, och, jak ostrożnie, i pociągnęła lekko...„Ach, żeby tylko wytrzymała, żeby to była ta nowa, śliczna ścierka, a nie ta stara... Nigdy już nie będę żałowała nowych ścierek, nigdy nie będę na niczym oszczędzała, będę rozrzutna, przestanę sprzątać, za dużo sprzątam, jestem pedantyczna... Będę kimś zupełnie innym niż Filifionką...” Tak myślała, błagalnie, lecz i beznadziejnie, bo Filifionka, oczywiście, nigdy nie może być nikim innym, jak tylko Filifionką. Ścierka wytrzymała. Okno otworzyło się powoli, wiatr uderzył nim o ścianę, a Filifionka rzuciła się na łeb, na szyję w zacisze pokoju, spadła na podłogę i poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła i że robi się jej okropnie niedobrze. Nad nią huśtała się poruszana wiatrem, wisząca u sufitu lampa, wszystkie frędzelki kiwały się w równych od siebie odstępach, każdy z małym paciorkiem na czubku. Przyglądała się im uważnie, zdziwiona tymi małymi frędzelkami, których nigdy przedtem nie widziała. Nigdy też dotąd nie zauważyła, że jedwabny abażur jest czerwony, bardzo piękna czerwień przypominająca zachód słońca. Nawet hak w suficie miał nowy i niezwykły kształt. Cały pokój zmienił się, wszystko wyglądało inaczej (...)"
* Tove Jansson:" Dolina Muminków w listopadzie,przełożyła" T. Chłapowska, Nasza Księgarnia 1998. s.1-20

    Ta surowa i zasadnicza Filifionka ma dom wypełniony pięknymi rzeczami, które stale gromadzi, a których piękna wcale nie zauważa, ponieważ całe dnie wypełnia jej sprzątanie oraz pilnowanie, aby wszystkie te rzeczy były dobrze zabezpieczone przez molami, kurzem i innymi niebezpieczeństwami. To traumatyczne wydarzenie podczas mycia okien sprawia, że świat nagle nabiera dla niej nowych kolorów, ale nie jest to jeszcze ten wielki przełom w jej życiu, on nastąpi nieco później, gdy będzie w stanie odpuścić sobie nieustanne porządki bez uszczerbku na dobrym samopoczuciu. Bo tymczasem:
       "W porywie chwili, decyduje się opuścić swój dom i udać do Doliny Muminków, gdzie mieszkają jedyne osoby, które kiedykolwiek lubiła." Jednak zastaje ich dom opustoszały i pierwsze, co "... od razu spostrzegła, że nikt w nim dawno nie sprzątał. Zdjęła nicianą rękawiczkę i przeciągnęła palcem po gzymsie kaflowego pieca: w szarym kurzu pozostał biały ślad.
- To niemożliwe - szepnęła, czując dreszcz podniecenia. - Żeby przestać sprzątać, i to z własnej, nieprzymuszonej woli!"*Cdn.



czwartek, 16 października 2014

GOOGLUJCIE A ZNAJDZIECIE – jak głosi starożytne porzekadło


      Z reguły mam tak, że gdy szukam czegoś w Internecie, np. lecytyny sojowej (to dla pamięci), promocji książkowych, sposobów na wyczyszczenie zlewu kamiennego, bądź  dręczącego mnie ostatnio pytania: co zrobić, by cisto kruche było mniej kruche, to znajduję po drodze wiele innych ciekawych rzeczy i już zapominam, czego szukałam na wstępie, i po chwili - zamiast śledzić wyniki wyszukiwania dla hasła: czyszczenie granitowych zlewów, pochłonięta jestem lekturą o dyni Hokkaido i to z poczuciem, że w końcu znalazłam to, czego szukałam, choć nawet się nie wysiliłam, by sprecyzować wcześniej w przeglądarce jakieś hasło na ów interesujący mnie właśnie temat. Od dyni Hokkaido do czyszczenia zlewu droga wcale nie jest prosta, wbrew pozorom. Dynią zlewu nie wyczyszczę, a brudząca ona wcale nie jest. Po prostu jest tak, że to rzeczy znajdują mnie. Parafrazując  P. Coelho: „To, czego szukamy, znajduje się zawsze w zasięgu naszego wzroku, wystarczy uważnie i w skupieniu rozglądać się wokół ”. No i rozglądam się, czasem za bardzo, ale przekonałam się o tym, że nie należy twardo upierać się przy swych wcześniejszych celach,  tylko swobodnie i z należytą uprzejmością pożegnać powracającą myśl np. o czyszczeniu zlewu na rzecz np. sposobów wiązania węzłów marynarskich, by z kolei odkryć dynie Hokkaido i cudowne „Tu i teraz”, które ona wywołuje. Nieuświadomiona jestem czego tak naprawdę szukam i nie szkodzi, ważne, że znajduję COŚ, bardziej chyba potrzebnego, bo z brudnym zlewem łatwiej żyć, gdy się ma dynię Hokkaido - najlepsza pieczona z ziołami i czosnkiem.  Słowem, jak mówił poeta w piosence: "Gdy człek ma dynię, to nie zginie"*. I naprawdę coś w tym jest, a szczególnie jeśli chodzi o tę Hokkaido, o niesamowitych właściwościach i smaku. Kiedyś  dynie służyły mi głównie do rzeźbienia w nich na halloween, a smakowały jedynie na surowo, po ugotowaniu były mdłe i - w przeciwieństwie do dyniowej głowy z zapaloną świeczką - bez wyrazu.  Hokkaido zjada się ze skórą, upiekłam ją wg jakiegoś wygooglowanego przepisu, przerabiając go na 5 przemian, i gdy spróbowałam, to oniemiałam.Wiem, powinnam stworzyć własny wiersz, nawet pieśń o niej, a już na pewno  osobnego posta i wkrótce to zrobię.
          A póki co, chciałam zamieścić swój przepis na pyszne racuszki drożdżowe z jabłkiem lub serem, oczywiście wg 5 przemian. Obydwie wersje powstały z braku w internecie interesujących mnie przepisów, no może słabo szukałam, ale za to wiem już jak wyczyścić zlew:) Skupiłam się na idei takich placków, które nie zawierają proszku do pieczenia lub sody, bo bardzo nie lubię i wyczuwam najmniejszą ich ilość. Natomiast lubię drożdże, lecz z kolei przepisy na te drożdżowe nie miały nadzienia. Poeksperymentowałam więc najpierw z jabłkiem i się udało: duże kawałki jabłka w puszystym cieście podane z syropem klonowym dawały taki aromat, że odciągnęły domowych łasuchów od komputera i zanim się obejrzałam, by zrobić jakąś fotkę, to wszystko zniknęło. Na drugi dzień uległam prośbom i też zrobiłam racuchy, ale z serem i też z dużymi kawałkami w środku ciasta. Takie serniczki z patelni to fajna sprawa. Co do zdjęcia, to znów nie wykazałam się refleksem, zrobiłam w biegu jedno skromniutkie, udało mi się uwiecznić jedynego, ostatniego racuszka.

Racuchy drożdżowe z jabłkami/serem
wg 5 przemian

Zaczynamy od zaczynu: 20 g drożdży rozpuszczamy w 1/4 szklanki letniego mleku z łyżeczką cukru i posypujemy płaską łyżeczką mąki. Odstawiamy pod przykryciem na 10 min (a nawet krócej, by za bardzo nie wyrósł).

Litery symbolizują: D- przemiana drzewa, smak kwaśny, O - p. ognia, smak gorzki, Z- p. ziemi, smak słodki, M- p. metalu, smak ostry, W- p. wody, smak słony.

SKŁADNIKI NA CIASTO :                                                                      NADZIENIE:
                                         
D: Kefir - 200 ml                                                                              D: jabłka średniej wielkości  3 szt.
D: pełnoziarnista mąka pszenna - 230 g (1 1/2 szklanki)                                   lub
O: Kurkuma - 1 płaska łyżeczka
Z: jajka - 2 szt.                                                                                  D: biały ser ok. 150 g
Z: cukier trzcinowy - 4 łyżki
Z:  zaczyn z 20 g drożdży                                                             Do posypania/polania:
M; kardamon/ imbir 1/4 łyżeczki                                           uprażony sezam, najlepiej czarny (Z);
W: szczypta soli                                                                          syrop (ja miałam klonowy) (Z)              

Składniki na ciasto wkładamy w podanej kolejności do naczynia miksującego lub miski. Przy dodawaniu kolejnych składników zamieszać. Mieszamy wszystko do jednolitej masy, jeśli maszynowo, to na niedużych obrotach. Ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany, gęstsze niż naleśnikowe. Jeśli wydaje się nam za gęste, że łyżka prawie stoi (są różne kefiry), to dodajemy trochę mleka, najlepiej roślinnego Trzeba mieć na uwadze, że ono trochę wyrośnie i zgęstnieje po dodaniu jabłek lub sera, dlatego lepiej wsypywać nadzienie partiami, nie wszystko na raz.

Do naczynia z wyrobionym ciastem wrzucamy jabłka pokrojone w drobną kosteczkę lub ser pokruszony na duże kawałki i delikatnie mieszamy, by zatopić je w cieście. Rozgrzewamy na patelni 4-5 łyżek oleju (najlepiej ryżowego lub kokosowego) nakładamy chochelką niewielkie porcyjki ciasta, bo racuchy wyrosną i smażymy z dwóch stron.

         Najlepsze są ciepłe, polane syropem klonowym i posypane czarnym sezamem.




wtorek, 14 października 2014

ABY JEDZENIE BYŁO LEKARSTWEM. Moje kuchenne dzieje


           Skoro mam  radosnego bloga, to nie może tu zabraknąć  kuchni pełnej cudów. Do niedawna nie lubiłam gotować, stanie przy garach traktowałam jako obowiązek, bo zdrowiej i taniej niż gotowce z jadłodajni, więc trzeba się poświęcić dla reszty załogi zdolnej na tyle, by przypalić nawet wodę. Odbębniałam jak najszybciej swoje kucharzenie, by mieć czas na zajęcia bardziej przyjemne. Aby skrócić stanie i mieszanie przy kuchence, zostałam szczęśliwą posiadaczką robota speedcook, który w parę sekund zmieli na pył np. żołędzie (sprawdzałam, robiąc żołędziówkę), poszatkuje, w minutę wymiesza największą breję i w tym samym naczyniu  ugotuje. Urządzenia tego typu, co moje, zapewniają sukcesy największym laikom kulinarnym. Np.ciasto, chleb czy  bułeczki drożdżowe z powodzeniem może zrobić już dziecko w wieku szkolnym i to zupełnie nieobeznane z tematem, jak np. mój syn. gdyż sprzęt ten ma wbudowaną  książkę kucharską i wagę, na ekraniku  kolejno wyświetlane są  produkty, które należy dodać, toteż trudno się pomylić. Z proporcjami też nie ma problemu, bo jednocześnie waży,  niestety nie piecze, ale dzięki programowi do ciasta drożdżowego, wyciągamy już wyrośnięte, gotowe do pieczenia i wtedy lepiej, aby niewtajemniczony  Junior nie brał się za obsługę piekarnika, bo nie mamy jeszcze na tyle skomputeryzowanego, by się nie poparzył.
          Toteż radość z szybkości gotowania była wielka, ale równie wielkie było moje przybieranie na wadze. Mimo, że ćwiczyłam w kuchni jogging: w biegu wrzucałam produkty do kielicha, miksowałam, blendowałam, podgrzewałam, rozdrabniałam i ustawiałam różne programy, dzięki którym po przyjściu do domu można mieć ciepłą zupę lub drugie danie z parowaru. Gotowałam i zamrażałam, by zaoszczędzić więcej czasu na czytanie, pisanie, malowanie oraz inne takie tam. Razu pewnego, googlując za zdrową dietą, a nawet przymierzając się do głodówki, zaczęłam - o ironio - znów coraz więcej czasu spędzać przy garach bulgoczących na kuchence gazowej i to nie w ramach jakieś pokuty, nie na przekór sobie. Mój robot jeszcze się nie zepsuł, używam go nadal i to nawet z większą częstotliwością, a przy garach to bardziej lewituję niż stoję, już nie gotuję z przykrej konieczności, ale z przyjemności.
           Co mi się takiego stało? Jakie przemiany we mnie zaszły? Ano wszystkie  po kolei - a dokładniej 5 przemian wg medycyny i kuchni chińskiej. A zaczęło się od prostej zupy (dla mięsożerców  postnej), która zachwyciła całą moją rodzinę, w tym niewegetariańską jej część. Ugotowałam ją razu pewnego, gdy liczyłam kalorie na diecie będąc. Okazało się, że ta niezbyt gęsta zupka bez grama tłuszczu, nawet roślinnego, jest tak sycąca i pyszna, że pytano, skąd wytrząsnęłam taki przepis. Nie robiłam jej wg jakiegoś konkretnego przepisu, tylko zgodnie z pięcioma przemianami (przepis na tę zupę żytnią podaję na końcu posta). Coś tam już wcześniej słyszałam o pięciu przemianach: elementów – żywiołów - pór roku, bo filozofią chińską interesowałam się niemal od dziecka, ale medycyną Dalekiego Wschodu od niedawna i nie praktykowałam zbytnio. Toteż nie dziwiła mnie procedura dodawania składników w odpowiedniej kolejności  5 smaków, (która dla niewtajemniczonych wydawać się może dziwactwem ). Zdawałam sobie sprawę, że dzięki temu potrawa będzie bardziej energetycznie zrównoważona, więc nietucząca,  ale nie spodziewałam się, że będzie taka smaczna  i że niepraktykująca Tao kura domestica  od razu poczuje  to energetyczne zrównoważenie.
             Tak więc historia w mej kuchni kołem się toczy. Najpierw gotowało się szybko, by nie rzec speedcookowo, potem zwolniłam, bo nieco przytyłam aż w końcu się zatrzymałam, by działać zgodnie z myślą przewodnią: jedzenie moim lekarstwem i to przede wszystkim smacznym, ale w ilości nie jak na lekarstwo.  O co dokładnie chodzi z tą kolejnością 5 przemian?
         Tak jak następujące niezmiennie po sobie pory roku, tak odpowiadające im smaki powinny trafiać do garnka w odpowiedniej kolejności. 
Zasadę tę obrazuje obieg odżywczy koła 5 przemian.

         Medycyna chińska wywodzi się z prostych i słusznych wniosków, że wszystko w przyrodzie jest ułożone tak, jak trzeba, tu nic nie wymaga zmiany, gdyż wprost wynika z praw kosmicznych rozpoznanych dzięki wnikliwej obserwacji natury. Takie spojrzenie czyni nasze działania prostymi i skutecznymi. Człowiek, będący częścią przyrody, podlega jej naturalnym prawom.. Wszystko, co jemy, podzielono na pięć smaków, a każdy z nich odpowiada jednemu żywiołowi, konkretnej porze roku i konkretnym narządom wewnętrznym. Moja ulubiona znawczyni tematu, autorka książek o pięciu przemianach w kuchni i życiu, Ewa Dobek, ujmuje to tak: "Każdy ze smaków działa na ciało człowieka tak, jak przypisana mu pora roku na Ziemię. Cała tajemnica (...) polega na tym, że w potrawie muszą znaleźć się wszystkie smaki dodawane w niezmiennej kolejności. Pięć przemian, to system współzależności procesów, faz, ruchu, w którym żaden ze składników czy żywiołów nie może istnieć bez pozostałych. Nie można pominąć jednego elementu bez zaburzenia całego systemu".*

Wedle tradycyjnej metaforyki chińskiej wygląda to tak:

- Drzewo, spalając się, daje Ogień
- Ogień tworzy popiół- dając początek Ziemi
- Ziemia tworzy Metal
- Metal daje początek Wodzie
-Woda karmi Drzewo

       Po  zrozumieniu tych praw widzimy, że mają one zastosowanie we wszystkich dziedzinach życia. Wierzę, że rzeczy mogą być pożyteczne wtedy, gdy są bardzo proste, a teoria pięciu ruchów/przemian oraz dwubiegunowa jin i jang jest  prosta i wszechstronnie użyteczna. 
A wracając do kuchni, to początkujący adepci tej sztuki powinni się zaopatrzyć w tabelę produktów żywnościowych wg 5 przemian, których jest sporo w internecie, np. TUTAJ . Gotując, zerkamy do ściągi, by nie pomylić kolejności i nie dodawać do potrawy np. smaku słodkiego zaraz po kwaśnym. 
Kolejność jest zawsze taka: kwaśny (Drzewo) - gorzki (Ogień) - słodki (Ziemia) - ostry (Metal)
Jeśli czegoś zapomnimy, to powtarzamy całe koło przemian, aż dojdziemy do tego elementu, do którego przynależy pominięty produkt. Najlepiej zobaczyć to na przykładzie mej zupy żytniej  na końcu wpisu.
     Oprócz walorów smakowych takie gotowanie, to jak medytacja: wycisza, trzeba być uważnym, by pamiętać na jakim elemencie przemiany skończyło się dodawać składniki. Ponadto, że rozwijamy koncentrację, kreatywność, to i świadomość, szczególnie gdy komponujemy potrawy, dla wzmocnienia lub leczenia  konkretnego organu w naszym ciele lub by zapanować nad jakąś emocją ("śmiać się jak głupi do sera"ma swe głębokie uzasadnienie:)
     Ale bylibyśmy zdrowi, gdyby nasi lekarze zarabiali tak, jak lekarze w dawnych Chinach:
"(...) lekarz dostawał wynagrodzenie za pracę dopóty, dopóki wszyscy byli zdrowi. Jeśli ktoś z cesarskiego otoczenia zachorował (nie daj Boże, żeby to był sam cesarz!), wtedy lekarską wypłatę wstrzymywano - doprowadzenie do choroby było niedopatrzeniem zasługującym na karę"*.

 ZUPA ŻYTNIA 
Żyto ma naturę ognia, rozgrzewa, wskazane szczególnie jesienią i zimą. Ostatnio zakupiłam bardzo dobre żyto w kauflandzie: w dziale z mąkami sprzedają całe, ekologiczne, ziarno do samodzielnego przemielenia, taniej niż w sklepach ze zdrową żywnością. 
Planując tę zupę, żyto moczymy wcześniej przez noc (wodę, w której się moczyło wylewamy) lub prażymy na patelni bez tłuszczu przez ok. 20 minut stale mieszając, by nie przypalić.

Przed dodawaniem kolejnych składników należy zamieszać drewnianą łychą  i robić ok. dwuminutowe przerwy.

O (Ogień/gorzki) - ok. 3 litry wrzątku (każdą zupę zaczynamy zawsze od zagotowania wody)
O  -  płaska łyżeczka kurkumy 
O - szklanka żyta (uprzednio uprażonego lub namoczonego)
Z (Ziemia/słodki) - pokrojone w kostkę: 2 korzenie marchewki i pietruszki, 3 ziemniaki,
 garść pestek dyni, garść soczewicy zielonej
M (Metal/ostre) -  korzeń selera rozdrobniony, kawałek pora pokrojony w talarki
M -  główka cebuli z powtykanymi jak szpilki goździkami (M), by się nie rozwarstwiła (bo akurat nie lubię, gdy pływają w zupie warstwy cebuli)
M - pokrojona drobno biała kapusta ok. 2 szklanki
M -   carry-  1 łyżeczkaimbir- pół łyżeczki, gałka muszkatołowa- pół łyżeczki, pieprz- płaska łyżeczka, szczypta chili, parę ziaren ziela angielskiego, liść laurowy
M - czubata łyżka oregano, łyżeczka tymianku (suszony)
W (Woda/słony) sól, sos sojowy  do smaku 

Gdy warzywa zmiękną (ok. 20 min.) dodaję:

D (Drzewo/kwaśny) - dwie łyżki cytryny lub octu jabłkowego (prawdziwego, nie ze marketu), łyżkę stołową koncentratu pomidorowego. 
Jeszcze trochę pogotować i smacznego! 
          W zupie tej mamy jeden pełny obieg 5. przemian. Im więcej obiegów, tym lepiej, zupa nabierze więcej mocy. Dlatego jeśli  zapomnimy dodać np. pieprzu, a jesteśmy przy przemianie wody i właśnie posoliliśmy, to idziemy dalej, czyli dodajemy coś z elementu drzewa, np. natkę pietruszki, następnie szczyptę rozmarynu, lubczyk  - Ogień (gorzki), potem można dodać masło, oliwę -Ziemia i do chodzimy do Metalu- czyli naszego zapomnianego wcześniej pieprzu.

Również ważne jest na jakim elemencie skończymy naszą potrawę, bo to determinuje jej działanie na narządy wewnetrzne. Kończąc na przemianie Drzewa wzmacniamy wątrobę i woreczek żółciowy, a kończąc na wodzie- pęcherz i nerki.

czwartek, 9 października 2014

Z pamiętnika wiedźmy liposomującej... Kilka porad

                                                         Liposomowanie witaminy C

      Liposomuję sobie, a co! Witaminkę C  w warunkach domowych dzięki cudownej witrynie: Akademii Witalności. Na początku szło mi marnie, lecz nie traciłam cierpliwości, jako że  doświadczyłam  już wcześniej mocy C wit. I jeżeli ma być ona użyta nie tylko do walki ze zwykłym przeziębieniem czy grypą,  to należy zakasać rękawy i działać. Bardzo pomocne instrukcje autorki Akademii nie są jednak wolne od błędów i dlatego się trochę namęczyłam zanim prawidłowo ukręciłam swą miksturę. Początkowo winą obarczałam lecytynę, bo mogą być różne, "wzbogacane" dodatkami, nawet  od tego samego producenta. Zmagałam się ze swą zbyt gęstą i zbyt pieniącą się zawiesiną metodą prób i błędów. Mikstury w kotle stygły i mieszać trza  było, a tu znikąd pomocy. W końcu pogooglowałam do źródeł, trafiłam na anglojęzyczne strony i odkryłam jedną z przyczyn swoich niepowodzeń. Za wysoka temperatura wody, w której moczona jest lecytyna. W przepisie na wersję forte wit. C, który zaczerpnęłam z Akademii, podane jest, by moczyć ją w tem. ok. 70 st.C, ja  przezornie moczyłam w 60 st., a to i tak za dużo. Bo z lecytyną trzeba jak z jajkiem (dokładniej - z żółtkiem) i moczymy ją w tem. do 40 st. C. No nikt przecież nie jest nieomylny. Po pozostałe wskazówki i proporcje składników odnośnie liposomowania wit. C można, a nawet trzeba, sięgnąć do Akademii Witalności, bo próżno szukać w sieci takich wyczerpujących informacji. Toteż słów dziękczynnych dla Pani Marleny, która otworzyła oczy sporej rzeszy ludzi i zainspirowała mnie do dalszych poszukiwań - nigdy dosyć. Olbrzymia wiedza, którą się dzieli, owa Rzeczniczka Praw Przewlekle Zdrowych, wyłożona jest w tak konkretny, przystępny sposób, że nic dodać nic ująć, więc jeśli ktoś nie jest jeszcze zorientowany, o  co chodzi z tą Wit. C, szczególnie liposomowaną  - to odsyłam do Akademii Tutaj . A ja mam jedynie trochę praktycznych porad dla obeznanych w tym temacie , przede wszystkim dla osób już liposomujących w domowym zaciszu. A może ktoś zechce  podzielić się swymi sugestiami ? Bardzo zapraszam.
                                         
                                   Narzędzia pracy nowoczesnej wiedźmy liposomującej

         Podstawowa rzecz, to wiadomo - kociołek, w którym mieszamy miksturę i tworzymy liposomy. Moja myjka ultradźwiękowa ma 43 kHz USG i całkiem nieźle sobie radzi, trzyminutowe cykle pracy powtarzam bez przerw i jeszcze się nie przegrzała, a kupiłam ją na allegro za ok. 50 zł. Gdy liposomowałam na bazie lecytyny słonecznikowej, to wystarczyły 3 cykle i wszystko było idealnie. Na lecytynie sojowej, która wychodziła mi gęstsza, już nie było tak szybko, ale o tym napiszę poniżej. Jenak nie polecam tej myjki osobom liposomujących dla licznej rodziny, ma małą pojemność (300 ml). 
Jako nowoczesna wiedźma mam jeszcze jeden kociołek, Speedcooka, w którym odważam medykamenty i miksuję lecytynę, kontrolując jednocześnie jej temperaturę. Metody z rozpuszczaniem lecytyny poprzez wstrząsanie jej w zakręconym słoiku nie polecam, chyba że mamy pod ręką jakiegoś osiłka ćwiczącego bicepsy, ale musi on osiągnąć przynajmniej 3000 obrotów na minutę i utrzymać to tempo przez jakieś pół godziny, albo i dłużej, do pozbycia się grudek w słoiku . Lepiej więc za pomocą jakiegoś  ubijacza, choćby do mleczka.W urządzeniach typu speedcook, thermomix mieszanie lecytyny do gładkiej konsystencji (jak kogel-mogel) trwa ok. minuty. Gdy lecytyna jest gotowa dodaję do niej rozpuszczoną wcześniej wit. C i miksuję obie zawiesiny, jakieś 30 sekund. Ale uwaga, chodzi  o to, by mikstura nie miała kontaktu z metalem  (a we wspomnianych urządzeniach kielichy, jak i noże, są ze stali chirurgicznej ), z tego względu pamiętamy, by nie mieć pod ręką żadnych sztućców, chyba że srebrne.  Łyżki i widelce z napisem nierdzewne są nierdzewne tylko z nazwy, co szybko okazuje się po myciu w zmywarce, a nawet jeśli nie mają odprysków, nalotów, to nie ryzykujemy.
           Gdy już lecytyna moczy się w kielichu naczynia miksującego (jak na zdjęciu obok), przystępuję do rozpuszczania Wit. C w destylowanej wodzie w tem. do 50 st. Robię wersję forte i nie jest to łatwe zadanie. Musimy bardzo długo mieszać,  nim 100 gram krystalicznej Wit. C rozpuści się w 220 ml ciepłej wody. Trzeba uważać na temperaturę, by nie zniszczyć witaminy. Podczas mieszania woda szybko stygnie i jest coraz trudniej z rozpuszczalnością. Na początku, gdy woda ma ok. 49 st., upłynniam  jakieś 30 procent krystalicznej wit. C, potem najlepiej włożyć kubek/ garnuszek do drugiego, większego naczynia z wodą podgrzaną do ok. 52 st., by oddała trochę temperatury naszej cieczy. Wiadomo, że ilość wody o odpowiedniej temperaturze w większym naczyniu ogrzewającym mniejsze naczynie z witaminą ma znaczenie dla wyrównania temperatur, ale zawsze byłam kiepska z fizyki i nie wiem, jak to obliczyć. Toteż w naczyniu z kąpielą wodną  cały czas trzymam termometr, ale nie za bardzo mogę nim sprawdzić, czy moja witamina osiągnęła pożądaną do rozpuszczania temperaturę: 48/49 st. C,  bo termometr jest metalowy.
Rozpuszczanie takich proporcji wody i krystalicznej wit. C trwa u mnie ok. 35 minut przy ciągłym mieszaniu. Aby przyspieszyć nieco ten proces, wpadłam na jeszcze inny pomysł, zapewne śmieszny dla fizyków, ale mnie daje wrażenie, że rozpuszczanie przebiega szybciej:) Mianowicie podczas odmierzania składników od razu dzielę proszek Wit. C  na dwie równe porcje i zalewam również dwoma równymi ilościami wody i na początku mieszam na dwie ręce w dwóch szklankach jednocześnie. 


        Ma to jedną niepodważalną zaletę: jednoczesne używanie obu rąk do mieszania świetnie synchronizuje nasze półkule mózgu, więc już samo mieszanie witaminy C może być dla nas korzystne :)

                                                 O "niełatwej lecytynie"
       Zaopatruję się w lecytynę w proszku w internetowych sklepach, ostatnio w Vitallinea i najczęściej jest ona dystrybuowana ze Słowacji. Najlepsza wg mnie jest słonecznikowa, niestety  droższa, bo 150 g kosztuje  z wysyłką  ok 43 zł. Są jeszcze lecytyny w granulkach i płynie, ale nie mam z nimi doświadczenia. Przy zakupie trzeba dokładnie przyjrzeć się składowi, bo zdarza się, że w opisie figuruje: "czysta lecytyna", a gdzieś drobnym druczkiem mamy informację, że nie jest to produkt dla osób na diecie bezglutenowej, bo zawiera niewielkie ilości mąki pszennej. Taką z dodatkami, nawet aromatami, możemy użyć jedynie do ciast, zamiast żółtek. Ostatnio mój zachłanny mąż zamówił 2,5 kg lecytyny sojowej bez niespodziewanych dodatków w dobrej cenie, byśmy mieli zapas na zimę:). Opakowanie nie było zbyt szczelne, a lecytyna jest bardzo higroskopijna, więc szybko poupychałam zawartość do litrowych słoi i nie wiem, czy właśnie z tego powodu po rozpuszczeniu jest ona nieco gęstsza, niż te, które testowałam wcześniej. Jedyny jej atut, to to, że szybko się rozpuszcza i nie ma nawet małych grudek. Ale w myjce ultradźwiękowej mieszałam kilkadziesiąt minut, by pozbyć się pianki. Pomyślałam optymistycznie, że może taka jej uroda i po mniej więcej godzinie odpuściłam sobie dalsze otulanie cząsteczek wit. C lipidami. Niech teraz otulają się same. Jeśli ktoś chce więcej  dowiedzieć się,  jak przebiega ten piękny proces otulania, to TU 

                                              Buforowanie i kalibracja, czyli chwila prawdy:)

       Ile procent cząsteczek wit. C udało mi  się otoczyć lipidową otoczką, nie wiem, ale chyba sporo. Niektórzy radzą, by po sonifikacji witaminę włożyć na jakiś czas do lodówki i potem jeszcze raz potraktować ją myjką ultradżwiękową i to taką, która ogrzewa do 42 st. C ( i tak nawet parę razy), ponoć taka zmiana temperatur jest bardzo korzystna, likwiduje nadmiar pianki (zainteresowanym polecam podlinkowane niżej dokumenty). Ową pianką nie powinniśmy się aż tak przejmować, niektórzy bardziej doświadczeni radzą, by ją zdjąć. Ale co innego, gdy przeprowadzamy test - buforowanie z użyciem roztworu sody oczyszczonej  (ćwierć łyżeczki sody oczyszczonej na dwie łyżki wody). Wówczas do połowy napełniamy szklankę naszą zawiesiną z witaminą C i delikatnie mieszając, wlewamy do niej roztwór sody. A potem z zapartym tchem śledzimy wynik testu, czyli mierzymy wysokość piany. Mniejsza lub równa 1 cm to bardzo dobry wynik (oznacza, że ok. 70-80 % cząsteczek się zliposomowało). Jeśli piana jest wysoka, u mnie to raz nawet kipiało, to powtarzamy liposomowanie, Wlewamy do myjki oczywiście tę niezbuforowaną resztę i sonifikujemy. Zbuforowaną witaminę, czyli askrobinian sodu, mimo niepomyślnego testu, też pijemy i to z powodzeniem, może mniej ma zliposomowanych cząsteczek, ale ma bardziej zasadowy odczyn (istotne u osób z problemami żołądkowymi).
           Jest jeszcze jeden test, który powinniśmy wykonać, szczególnie jeżeli zamierzamy przez dłuższy czas przyjmować duże dawki walcząc z jakąś określoną zarazą. Tu w roli królika doświadczalnego wystąpił mój mąż, który mimo wysokiej piany w mej zbuforowanej miksturze, postanowił się skalibrować J- czyli przyjmować mega dawki, by określić, ile organizm w ciągu doby może przyjąć wit.C aż do nasycenia, czyli odpowiedzi jelitowej. Pierwszego dnia wziął 50 gr i nic (żyje jeszcze:) odpowiedzi jelitowej nie było, czyli w toalecie nie wylądował. Gdyby się nie zliposomowało, odpowiedź jelitowa po takiej dawce byłaby raczej nieuchronna.  Owej odpowiedzi doczekał się dopiero kolejnego dnia przyjmując niemal 100 gram wit. C, czyli wypijając w ciągu kilkunastu godzin pół litra mikstury. W praktyce wyglądało to tak, że nie rozstawał się z timerem, który dzwonił co piętnaście minut, przypominając o kolejnej dawce. Bowiem im częściej i mniejsze porcje, tym lepiej dla wchłanialności.  Stad wnioskuję, że jeśli mamy czystą lecytynę i rzetelnie rozpuszczoną witaminę i nie dopuścimy do kontaktu mikstury z metalem, a długo traktujemy ją myjką ultradźwiękową (minimum 45 minut, ale nie musimy już mieszać), to nie powinniśmy się zbytnio przejmować buforowaniem. Jeśli pianka, która się tworzy w wanience w trakcie sonifikacji, nie zniknie do końca, to można ją zebrać, bo ważne jest, by ciecz która się pod nią znajduje, była wyraźnie ciemniejszego koloru i nie miała jasnych pęcherzyków.Wiadomo, każdy organizm ma inną tolerancję jelitową i inne zapotrzebowanie na wit. C. 
-----------------------------------------------------------------------
Żródła:
http://www.qualityliposomalc.com/styled-3/index.html